Tak więc została ostatnia kolejka. Byliśmy po raz pierwszy od początku sezonu liderem z dwoma punktami przewagi i zdecydowanie lepszą różnicą bramek. Praktycznie wystarczał nam remis do awansu.
Zanim jednak napiszę o tym jak to wyglądało, trzeba się cofnąć do początku sezonu…
Byliśmy spadkowiczem. Drużyna w rozbiciu, morale niskie, zawodnicy chcieli odchodzić z klubu. Na dodatek skład i tak był fatalny. Najlepsi poodchodzili już wcześniej. Kto przyjdzie do klubu, który jest na równi pochyłej i nie płaci tyle co w innych klubach ? Beznadzieja do kwadratu.
Ale to nie koniec kłopotów. Spadamy do ligi, którą zarządza inny oddział PZPN (OZPN). Nie jesteśmy za dobrze widziani, nas tam nie kojarzono dobrych kilkanaście lat. Nagle spadamy z nieba, burząc rozkład sił. Spadamy nieproszeni, ale konieczni, z braku wyboru. Tu się wszyscy znają jak „łyse konie”, prezes prezesa, działacz działacza, sędzia działacza, działacz sędziego… można by tak jeszcze długo.
Wpadliśmy w gówno.
Lokalna prasa od początku była nam nieprzychylna. Nie pasowaliśmy do tej „układanki”, gdzie od lat rządzili ci sami ludzie. Lokalne sitwy OZPN-owskie wraz z lokalnymi bonzami (prezesami). My byliśmy po prostu z innego świata. Byliśmy w tym towarzystwie obcy i niechciani, bo zakłócaliśmy podział ról, swoiste status quo.
Walka o awans była obiecana innym. Nas nie brano pod uwagę.
Poniedziałek, po meczu, przed treningiem…
- Panowie, został nam ten ostatni mecz. Może do was przyjdą, do domu. Może was zaczepią po pracy. Będą chcieli zapłacić i przyjąć do siebie. Może…
Każdy, kto z Was się skusi, zagra najwyżej dziesięć minut i będzie skończony.
To była brutalna przemowa, zapewne na wyrost, ale znaliśmy metody nasze i przeciwników.
Środa, mecz juniorów…
Podchodzi do mnie sędzia i mówi…
- redaktor K. z gazety GG prosił o kontakt…
Czwartek…
- wiesz, oni chcą rozmawiać,
Piątek…
- załatwione, dostaniecie dwa komplety siatek na bramki oraz „odprawkę” pomeczową. Zagramy sparring w przerwie rozgrywek, dodamy wam 2 zawodników na nowy sezon.
Aha, gdyby coś, to karne bijemy w środek bramki, bramkarz rzuca się w bok, obojętnie…
Sobota…
Zawodnicy dowcipni, weseli, bojowi…
Niedziela…
Wygrywamy 3:1. Zdecydowanie. Do przerwy 2:0. Zrobili po karnym na 2:1, ale my też po karnym na 3:1.
Tylko, że ten karny był w prawy róg…
Szczęście, że w „okienko”.
Awansowaliśmy !!!
Część pierwsza:
* - ten tekst jest wytworem mojej wyobraźni. Wszelkie podobieństwa są przypadkowe i niezamierzone


Komentarze
Pokaż komentarze (1)