Peter Green żyje i wrócił do grania. Parę lat temu zakupiłem jego koncert z 2006 roku na płycie DVD. Muszę przyznać, że przeżyłem wstrząs patrząc na mojego idola z lat młodzieńczych. To już inny człowiek. Nie ten sam zaczynający jako 17-latek karierę w Bluesbreakers Johna Mayalla.
John Mayall zatrudnił go po odejściu Erica Claptona. Green był gitarzystą basowym. Był jednak niesamowicie utalentowany i wszechstronny. W owym czasie na murach Londynu wypisywano hasła „Clapton is God”. Green był gitarzystą basowym , ale był tak utalentowany, że nie dość, że sobie poradził na solówce, to jeszcze został doceniony przez publiczność , która znów namalowała na murze swą konstatację” God is Green” i nie o kolor owego boga tu chodziło.
W Bluesbreakers Peter poznał Micka Fleetwooda i Johna McVie i rok później (1967) stworzył z nimi bluesową formację Peter’s Green Fleetwood Mac.
Green wpadł jednak w głęboką w depresję psychiczną! Rzucił zespół (1970), który sam stworzył i wywindował do światowej czołówki, zrzekł się praw autorskich do swoich utworów, bo nie mógł znieść tego, że muzyka bluesowa przynosi takie ilości pieniędzy!
Trochę też nie podobało mu się odchodzenie od czystego bluesa, choć sam miał w tym największy udział. Jego ówczesne i absolutnie genialne kompozycje nie były już wyłącznie bluesami. "Albatross", "Man of the world", "Oh well 1 & 2" "Black Magic Woman" i "Green Manalishi" stały się rekordzistami sprzedaży, bijąc na łeb utwory Beatlesów i Rolling Stonesów razem wziętych !
Kiedy jednak Green komponuje niesamowity utwór „Green Manalishi” koledzy nie mają już złudzeń co do stanu jego zdrowia psychicznego.
Rozpoznano u niego początki schizofrenii. Peter stawał się z dnia na dzień innym człowiekiem.
Został bezdomnym, trafia do szpitala psychiatrycznego. Pracował jako grabarz w izraelskim kibucu.
Po latach leczenia psychiatrycznego i osamotnienia, wielbiciele dotarli do niego. Grupa muzyków zakochanych w jego twórczości namówiła go do powrotu. Przypomnieli mu granie na gitarze, które już w znacznym stopniu zapomniał. Zaczęli wspólne granie i koncertowanie.
Nazwali się Splinter Group. Grają do dziś.
„Mimo, że Peter Green żyje i nawet wrócił do grania, to świat muzyki już bezpowrotnie stracił jednego z największych geniuszy rocka. Świat pełen młodych talentów szybko zapomniał o wiekim artyście jednym z najlepszych gitarzystów. Cóż , może miłośnicy prawdziwej muzyki przypomną sobie o jego istnieniu po śmierci i znów , jak to było w przypadku Michaela Jacksona , jakiś egzaltowny polityk , nazwie go największym muzykiem na ziemi” –pisała Irena Szafrańska.
Dla tych, którzy nie znają lub może bardziej, nie kojarzą, dwa utwory Greena. Osławiony Green Manalishi oraz Albatros. Prezentuję Greena sprzed lat i tego „dzisiejszego”.
No i jeszcze...




Komentarze
Pokaż komentarze (15)