kelkeszos kelkeszos
115
BLOG

Wielka improwizacja. O deficytach polskiej literatury

kelkeszos kelkeszos Kultura Obserwuj notkę 14

OBWIESZCZENIE: "Gdyby który z Panów Podróżnych miał słuszne zarzuty przeciwko restauracyi na Statku znajdującej się, jako to: o niezdrowe lub nieczysto przyrządzone potrawy , lub też dla tego, że posługacz restauracyi nie zwraca w całkowitości reszty przypadającej Podróżnemu po opłacie należytości za jedzenie, lub nakoniec jeżeli rachunek przez restauracyę podany, nie zgadza się z taryfą potraw i napojów, przez Zarząd Żeglugi Parowej zatwierdzoną, i w każdej kajucie wywieszoną ; w takim razie pokrzywdzony zechce natychmiast ostrzedz Kontrolera, który w imieniu Zarządu ma rzecz rozpoznać, i przy najsurowszem ukaraniu lub wypędzeniu winnego, zapewnić pokrzywdzonemu zwrot należności".

W całości i wiernie przytoczyłem tu art. 1 regulaminu Towarzystwa Żeglugi Parowej, założonego w 1848r. przez Andrzeja Zamoyskiego  eksploatującego Wisłę między Pragą a Ciechocinkiem, dla celów gospodarczych i turystycznych. Zdaje się, że podróże wycieczkowcami o nazwach "Płock" i "Włocławek" były podówczas w modzie skoro już w 1854r. Oskar Flatt wydał piękny album p.t. "Brzegi Wisły od Warszawy do Ciechocinka". Nie mogę mieć zupełnej pewności, ale obawiam się, że to niewielkie dziełko polskiego krajoznawcy jest jedynym quasi literackim śladem  tej turystycznej pasji przodków. I to jest właśnie smutny obraz głębokiego i obfitego we współczesne skutki deficytu naszej literatury.

Trudno orzec dlaczego polscy pisarze i poeci, zwłaszcza ci najgłośniejsi, mający pomniki i ulice w każdej mieścinie, w ogóle nie poświęcali uwagi realiom życia codziennego. Podczas gdy inne nacje miały już w XVIII w. rozbudowaną literaturę, z której można się było dowiedzieć, co ludzie jedli, gdzie pracowali, jak spędzali wolny czas, o czym rozmawiali, dokąd podróżowali, a nawet co było przedmiotem ich interesów i gospodarczych przedsięwzięć - u nas tymi tematami nie zajmował się prawie nikt. Polska powieść obyczajowa, poza nielicznymi wyjątkami, w zasadzie nie istniała aż do czasów po Powstaniu Styczniowym. W okresie międzypowstaniowym, gdy polską literaturą rządziła Wielka Emigracja, nieśmiałe próby opisania realiów życia codziennego podejmował na odpowiednim poziomie tylko Józef Korzeniowski, w swoich powieściach: "Spekulant", "Kollokacja", "Krewni", czy w niejednoznacznych co do formy "Wędrówkach Oryginała". Czytając dziś te mocno już archaiczne dzieła, nie możemy się jednak oprzeć wrażeniu ich dużej wartości poznawczej w zakresie tła, czyli tego wszystkiego czym główni bohaterowie na co dzień żyją. Tylko w takim drugim, albo trzecim planie mogą się znaleźć podróże parostatkiem po Wiśle, kontrakty w Dubnie, albo we Lwowie, wyprawy do Odessy po wszystko, zabiegi matrymonialne i intrygi zmierzające do przejęcia cudzych majątków. Codzienność. Tej nasi autorzy przez całe dziesięciolecia nie potrafili i nie chcieli opisywać, tworząc świat wyimaginowany, nie przystający do rzeczywistości i nie związany z życiem narodu. Losy rękopisu Kazimierza Deczyńskiego pokazują dlaczego i jak okrutne te ułomności miały konsekwencje. I mają do dziś, bo gdybyśmy znali historię działań prezesa Zagratowskiego i jego plenipotenta Szlomy, celem wywłaszczenia posesjonatów z alegorycznych Czaplińców w "Kollokacji", to może dziś inaczej dyskutowalibyśmy o SAFE, czy KPO.

Tego jednak nasi "Wieszczowie" nie byli w stanie nam przekazać, bo ich rozmówcą był sam Pan Bóg, a nie jacyś nieprzystający ludzie, zajmujący się na przykład handlem, albo budujący maszyny parowe, w Warszawie, na Powiślu.  Być może wielkie umysły i niemniejsze charaktery potrafią czerpać natchnienia z tego typu "improwizacji" wyrażających najwyższe roszczenia o "rząd dusz". Ludzie przyziemni, a może po prostu praktyczniejsi, czytając tę kosmiczną literaturę, nie mogą zapewne oprzeć się wrażeniu, że dla mickiewiczowskich pretensji Pan Bóg miał jedną odpowiedź: Gustawie/Konradzie, weź się do jakiejś uczciwej pracy, bo dla uchylania się od niej carska opresja nie jest wystarczającą wymówką.

To przekonanie o "bożym namiestnictwie" do dziś pozostało niezbywalną cechą naszych ludzi pióra, najczęściej brzydzących się tym co powszednie. Efekty są widoczne. Życie narodu nie znajduje swojego odzwierciedlenia w jego literaturze. W Polsce nie znalazł się dosłownie nikt, zdolny opisać fascynujący okres wielkiej przemiany ostatniego czterdziestolecia. Wcześniej było podobnie. Wielki kapitalistyczny przewrót schyłku XIX w. doczekał się u nas kilku ledwie pozycji, o nim traktujących, w tym dwóch arcydzieł: "Lalki" i "Ziemi Obiecanej" oraz jednej powieści bardzo dobrej - "Nafty" Ignacego Maciejowskiego. Ten ostatni przypadek, tylko podkreśla wszystkie deficyty i ich skutki. Oto ważne na skalę światową wydarzenie, jakim była galicyjska gorączka "czarnego złota", pozostawiło po sobie w polskiej literaturze tylko jeden zatarty dziś ślad. Bo "panowie poeci" nie byli zainteresowani.

Dlatego o tym, czym realnie żywiła się codzienność naszych przodków, musimy się dowiadywać z regulaminów na statkach wycieczkowych, o których istnieniu też się przecież nie dowiemy od polskich pisarzy. Wolimy "Wieszczów", doprowadzając ich kult do absurdu. Choćby takiego, że za najlepszego ilustratora Królestwa Polskiego przed Powstaniem Listopadowym, uchodzi Adam Mickiewicz, którego noga nigdy w Królestwie nie stanęła. Rzeczywiście wiarygodny świadek. Teraz ma tysiące naśladowców, z zapałem opisujących coś, czego nigdy na oczy nie widzieli i sprzedających te "prawdy" uwiedzionej luksami i decybelami gawiedzi.


kelkeszos
O mnie kelkeszos

Z urodzenia Polak, z serca Warszawiak, z zainteresowań świata obywatel

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (14)

Inne tematy w dziale Kultura