Pamiętam, jak przed wielu, wielu laty trzymałem w ręku podwójny album grupy Ten Years After. Były to płyty Ssssh i Watt. Była to taka kompilacja przywieziona przez ojca jednego z moich serdecznych przyjaciół z Francji. Pamiętam, jak siedzieliśmy godzinami przy gramofonie zauroczeni tymi płytami. O Alvinie Lee usłyszałem po raz pierwszy przy okazji kompozycji „Love like a man”. Był też Woodstock z „Go Home”. Lee jako wokalista i solista grupy miał niezwykle „szybkie” paluchy, skacząc nimi po gryfie gitary.
To artysta blues-rockowy. Jego repertuar jest niezwykle zróżnicowany, ale jakże wart odsłuchania.
No i "Love like a man"




Komentarze
Pokaż komentarze