W ogólnej opinii jest uznawany jako wykonawca piosenek o miłości. Ma ich sporo w swoim repertuarze, ale na sławę zapracował czymś innym.
Zapracował genialnym niechlujstwem artystycznym.
Bo ani głosu nie posiada, a gitara mu „rzępoli”, by nie powiedzieć za Georgem Harrisonem: „ While my guitar gently weeps”.
Young jest jednak muzykiem wyjątkowym. Jest muzykiem autentycznym, tak samo jak Bob Dylan, czy też J.J Cale.
On się nie musi podobać. On po prostu wciąga.
Jego dokonania najlepiej dokumentują nagrania z innymi wykonawcami. Daje z siebie wszystko.
Oto drugie dno Neila Younga.
Hey, hey, my,my - klasyka ( z Crazy Horse), czyli " membrany głośników"popękały :)
Z MacCartneyem. Też wspaniała realizacja.
Bez Pearl Jam'u obejść się nie może...
Na youtube znajdziecie sporo "kawałków" Neila.
Polecam



Komentarze
Pokaż komentarze (14)