Mijający na dniach rok 2012 przyniósł obywatelom Polski dalsze pogorszenie warunków życia. Gdyby chodziło tylko o tak zwane zaciskanie pasa, sprawa byłaby do zaakceptowania, bo przecież w dobie kryzysu każdy musi spojrzeć innym okiem na swoje wydatki.
Zrozumiałe jest też, że Państwo w warunkach kryzysu musi zracjonalizować sposób wydawania pieniędzy i obrócić w palcach wielokrotnie każdego złotego, zanim zdecyduje się go wydać.
Bez tej filozofii jakiekolwiek inne działania będą działaniami bez sensu – skazanymi w ostatecznym rozrachunku na coś, co potocznie można określić jako działania opresyjne charakteryzujące się nadmiernym fiskalizmem, czyli zwiększaniem obciążeń podatkowych obywateli przy równoczesnym ograniczeniu świadczeń na rzecz tychże obywateli, do czego Państwo jest zobowiązane z racji pobierania tychże podatków.
W państwie , które mieni się państwem demokratycznym, panuje pewna symetria polegająca na symbiozie – państwo, a obywatel.
Wpływy z podatków podlegają redystrybucji w proporcjach określanych ustawami. Proporcje te mogą podlegać zmianom - nie mogą zaś być przedmiotem ogólnej redukcji.
Tymczasem w Polsce za rządów obecnej ekipy obserwujemy dramatyczny wzrost podatków przy równoczesnej redukcji wszystkich świadczeń wynikających nie tylko z ustaw niższego rzędu, ale także i Konstytucji.
Na równi pochyłej znajdują się wszystkie bez wyjątku sektory za które odpowiada państwo. Gigantyczne zadłużenie kraju powoduje, że sama roczna obsługa odsetek od zadłużenia przekracza dwukrotnie wydatki na armię lub jak kto woli – jest połową kwoty wydawanej przez ZUS.
Gdyby zaś spojrzeć z punktu widzenia ostatniej, unijnej perspektywy budżetowej , w której to premier Marcinkiewicz ( słynne: yes,yes,yes) zapewnił Polsce kwotę 220 mld złotych pomocy unijnej, to okazałoby się, że taką samą kwotę wypłaciliśmy wierzycielom rządu w okresie minionych pięciu lat tylko z racji spłaty samych odsetek od zaciągniętych kredytów !
Warto więc spojrzeć chłodnym okiem na to wszystko, co dzieje się wokół nas, gdy równocześnie mówi się o wyjątkowej roli Polski w Unii Europejskiej. Warto przestać bezkrytycznie wierzyć w zachwyty euroentuzjastów. Prawda o polskiej kondycji finansowej nie jest taka różowa.
1 stycznia 2013 r. wchodzi w życie nowelizacja ustawy o finansach publicznych. Jej zadaniem jest ograniczenie wpływu wahań kursów walut na ewentualne uruchomienie procedur ostrożnościowych.
Oczywiście ta nowelizacja ustawy nie sprawi, że nasz dług zmaleje. Nie sprawi też, że jako państwo będziemy płacić niższe odsetki od kredytów.
Ta nowelizacja spowoduje, że rząd otrzyma nowy mechanizm do dalszego podnoszenia podatków, gdyż spowoduje sztuczne obniżenie deficytu budżetu państwa. Gdyby było inaczej, to rząd nie zamrażałby płac w sektorze budżetowym ani nie planował waloryzacji emerytur tylko o wskaźnik inflacji, chociaż i to wydaje się być zagrożone po ostatnim , kontrowersyjnym orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego.
Powyższe działania rządu świadczą o tym, że jesteśmy niebezpiecznie blisko przekroczenia drugiego progu ostrożnościowego, który w relacji długu do PKB wynosi 55 %.
Możliwe też, że ten próg właśnie przekroczyliśmy.
Trwa więc gra pozorów.
Polska nie jest w strefie euro, więc Brukseli nie obchodzi to, co się „wyprawia” z finansami w Polsce. Bruksela ma swoje metody liczenia i ostatecznie może co najwyżej utrzymać w stosunku do Polski wdrożoną 5 lat temu procedurę „nadmiernego deficytu”. To jednak - jak na razie - niczym poważnym nie skutkuje, gdyż rząd realizuje procedury „na papierze”, co wydaje się – uspokaja Brukselę zajętą własnymi problemami.
My zaś popieramy „pakt fiskalny”, co dla Brukseli jest przejawem „słusznej drogi” naszego rządu.
Nie chce mi się pisać puenty do tego tekstu. Każdy może ją sobie sam dopisać.
Może napiszę tylko, że im szybciej ten rząd odejdzie w niebyt, tym większa szansa, że coś się może zmienić na lepsze.


Komentarze
Pokaż komentarze (39)