W swojej ostatniej notce Rolex kontynuuje dywagacje na temat możliwych scenariuszy dla Polski.
Ja zaś chciałbym się zająć w tej notce wariantem „zachodnim”, czyli dalszą integracja ze strukturami unijnymi, która może zostać zrealizowana tylko poprzez wstąpienie Polski do strefy „euro”.
Z punktu widzenia bezpieczeństwa Kraju jest to równoznaczne z definitywnym opowiedzeniem się po stronie „Zachodu” kosztem „Wschodu”.
Celem tej notki nie są dywagacje dotyczące obu tych wariantów. Ja chciałbym się zająć samym aspektem wstąpienia do strefy „euro” w kontekście ceny, którą przyjdzie nam teoretycznie za taką decyzję zapłacić, bo chyba nikt rozsądny nie twierdzi, że udział Polski w projekcie „Eurozona” jest czymś „bezkosztowym”. Jak zawsze zaś liczy się bilans zysków i strat.
Pisząc ten tekst nie rozpatruję Eurozony w kategoriach trafności tego przedsięwzięcia . Przyjmuję ten projekt za fakt dokonany.
Dziś zaś mamy wystarczającą ilość danych by w miarę precyzyjnie określić ów wspomniany bilans zysków i strat poza wspomnianym aspektem politycznym .
W każdym projekcie są jego beneficjenci oraz tak zwani „płatnicy netto”, by użyć terminologii dotyczącej rozdziału środków unijnych. Podobnie jest też w strefie euro. Gdyby poziom (siła) gospodarek poszczególnych państw strefy był w miarę podobny i wyrażony dodatkowo w sile ich eksportu, strefa spełniłaby warunek podstawowy do jej funkcjonowania. Byłaby potężną organizacją państw równomiernie się rozwijających wewnątrz strefy, ale także, co bardziej istotne – byłaby siłą zdolną do konkurowania jako całość z pozostałymi państwami nadającymi kierunki rozwoju na świecie.
Tak jednak nie jest.
Siła gospodarek strefy euro jest zróżnicowana do tego stopnia, że już praktycznie od momentu jej powstania słabsze gospodarki wymagały sztucznej stymulacji w postaci kolejnych zastrzyków i ostatecznie kroplówek finansowych, udzielanych przez powołany do tego Europejski Bank Centralny. To zaś zaburzyło istotę wspólnego rynku, którą jest konkurencja.
Wspólna waluta zabiła konkurencyjność wewnątrz unii oraz nie wpłynęła na atrakcyjność słabszych gospodarek poza strefą.
Pora jednak wrócić na nasze podwórko.
Gdyby siła polskiej gospodarki wyrażona wielkością eksportu poza strefę euro oscylowała w granicach 70%, napisałbym, że możemy zastanowić się nad wejściem do tej strefy w momencie pierwszych oznak mijającego kryzysu.
Tymczasem ponad połowa polskiego eksportu trafia na rynek unijny, co w momencie wejścia do strefy euro jest równoważne z nagłym spadkiem konkurencyjności naszego eksportu do tej – już naszej - strefy.
Doraźnym kosztem, działającym jednak tylko czasowo, byłaby - w momencie wejścia - dewaluacja złotego, czyli obniżenie jego wartości w stosunku do euro.
Nie pogorszyłoby to w pewnym , określonym przedziale czasowym sytuacji polskich eksporterów. Skutkowałoby zaś przede wszystkim drastycznym podniesieniem cen w Polsce. Obecny kurs wymiany złoty/euro ( 4.10) jest już kursem, który na dzień dobry jest nie do przyjęcia.
Warunkiem wejścia do strefy euro powinien być też warunek zmiany relacji „dopłat do rolników”. Polska jest jednym z największych krajów europejskich, a w strukturze naszego eksportu żywność odgrywa czołową rolę. Wejście do strefy przy obecnym poziomie dopłat, kładzie na łopatki cały przemysł rolniczy i przetwórczy.
Oczywiście nie można ot tak sobie regulować kursu naszej waluty, bo było nie było jest on wyznacznikiem siły naszej gospodarki. Wniosek więc może być tylko jeden:
Polska gospodarka jest dziś zbyt słaba by stała się beneficjentem wejścia do strefy euro.
Dziś korzyści ze wspólnej waluty odnoszą kraje określane jako „kraje północy”. Kraje „południa” stały się zaś wspomnianymi przeze mnie umownie płatnikami netto.
Warto też zauważyć, że warunki przyjęcia oraz funkcjonowania strefy euro spełniają okresowo ( nie stale) tylko niektóre kraje i to te określane jako kraje północy.
Abstrahując od sensu istnienia samej Eurozony , należy napisać, że dziś nie stać Polski na wariant „zachodni”.
Jedynym sposobem na polepszenie naszej sytuacji geopolitycznej jest wzrost gospodarczy realizowany poprzez drastyczne zmiany w innowacyjności naszego przemysłu wyrażone w projektach i technologiach będących kwestią tak teraźniejszości, jak i jutra.
Drogi na skróty nie ma.
Niech to sobie Donald Tusk wbije do głowy.



Komentarze
Pokaż komentarze (55)