Coraz częściej zastanawiam się, co my Polacy mamy jeszcze do zrobienia. Przy okazji zastanawiam się co też mamy do udowodnienia, a tak naprawdę, to komu i dlaczego mamy coś udowadniać. Minęło 23 lata od transformacji i zamiast tworzyć scementowane społeczeństwo, posiadające spore aspiracje i jasno określone cele, staliśmy się zlepkiem coraz bardziej spolaryzowanej społeczności.
Staliśmy się niezdolni do jakiegokolwiek zrywu tylko dlatego, że nie mamy zielonego pojęcia czego od rządzących powinniśmy nie tyle oczekiwać, a wprost żądać. Nie znamy swoich praw, dajemy się bezkarnie okradać ze zdobyczy socjalnych charakteryzujących stopień rozwoju wielkiego europejskiego państwa. Płacimy potulnie podatki nie dostając nic w zamian.
Połowa Polaków głosuje, bo się po prostu boi, że może być dla nich gorzej lub też narzuci nam się inny światopogląd niż wyznajemy. Druga połowa skapitulowała nie wierząc w powodzenie jakichkolwiek działań. Państwo z tak ukształtowanym społeczeństwem staje się opresją.
Jeżeli jest tak, że wszystkie kolejne rządy po roku ’89 przyczyniły się w większym lub mniejszym stopniu do obecnego obrazu Polski, to znaczy, że kompletnie nie ma znaczenia, jaka opcja polityczna w danym momencie znajduje się przy władzy. To zaś oznacza, że przyczyn należy szukać w pierwszych latach transformacji, a co za tym idzie, w przyjętym w tamtym czasie modelu gospodarczym, a co najgorsze, dalej funkcjonującym w Polsce.
Tak więc jeżeli nikt nam nie zaproponuje zmiany tego systemu, to każde nasze pójście na każde kolejne wybory będzie bezsensowne. Warto będzie zgłosować tylko na taką partię, która zaproponuje zmianę obecnie funkcjonującego modelu gospodarczego z silnie wyartykułowanym elementem wsparcia dla inicjatyw obywateli tak w kwestii przedsiębiorczości, czy dyscypliny społecznej. Oczywiście warunkiem jest to, że znajdzie się partia, która nam to jasno zadeklaruje.
Dla konserwatysty, a za takiego się uważam, rozwiązaniem naszych problemów jest sięgnięcie po znaczący, lecz po minionych już sukcesach niesłusznie zapomniany, dorobek kierunku nazywanego ordoliberalizmem. Społeczną gospodarkę rynkową, bo tym mianem jest określany ordo liberalizm, mamy nawet zapisaną w naszej Konstytucji, ale jak dobrze wiemy, w Polsce interpretacja zapisów konstytucyjnych zależy od wielu czynników, gdzie duch interpretacji jest wyjątkowo iluzoryczny i ulotny. Jeden z twórców „terapii szokowej” będącej clou neoliberalizmu trawiącego Polskę od 23 lat, Jeffrey Sachs, przyznał na początku tej dekady, że owa terapia zastosowana w państwach byłego bloku wschodniego, była błędem i odciął się całkowicie od rozwiązań neoliberalnych.
Po drugiej wojnie światowej rozbite niemieckie społeczeństwo wymagało nie tylko odbudowy ekonomicznej, ale może przede wszystkim odbudowy moralnej, osiągnięcia pewności siebie i zacieśnienia zerwanych więzi społecznych. To też ordo liberałom się udało i zostało określone „niemieckim cudem gospodarczym”. Tego też potrzebuje dzisiejsza Polska.
Ordoliberałowie niemieccy nie byli ani indywidualistami, ani racjonalistami, i wręcz krytykowali liberalizm w każdym jego rozumieniu, oskarżając liberałów o atomizację społeczeństwa i państwa, jako główną i zawinioną przez liberalizm przyczynę tego stanu rzeczy wskazywali sekularyzację i relatywizację moralności.
Ordoliberałowie wprawdzie zgadzali się z neoliberałami co do złych skutków etatyzmu gospodarczego i „pastwa opiekuńczego”, jednak podnosili też kwestię przez neoliberałów niezauważoną bądź ignorowaną, a mianowicie, iż w samym działaniu wolnego rynku tkwi pewna „siła fatalna”, prowadząca do jego autodestrukcji.
Siłą tą jest umasowienie społeczeństwa i dążenie do totalnej demokratyzacji.
Wykorzenienie duchowe i moralne mas, pozbawionych także hamulca zewnętrznego ze strony władzy publicznej, czyni z nich żądnych coraz to nowych wrażeń i potrzeb konsumentów, wysuwających kolejne roszczenia, to zaś stwarza podatny grunt dla ideologii kolektywistycznych i totalitarnych, obiecujących ich zaspokojenie. Sam wolny rynek nie jest zatem zdolny do uratowania tego, co stanowi jego niekwestionowaną zaletę – wolności i dobrobytu osób w wolnym społeczeństwie.
Zostawmy jednak te dywagacje na boku. Warto przypomnieć, że także Japonia w latach 60-tych ubiegłego wieku sięgnęła po niektóre rozwiązania niemieckie. Dziś zaś tą samą drogą próbuje iść Victor Orban na Węgrzech.
Wróćmy jednak do Polski. Czy nas stać mentalnie na to, co proponuje społeczna gospodarka rynkowa. Czy jest w Polsce jeszcze element zaufania i wiary. Czy my mentalnie dojrzeliśmy do decyzji, które wymagają od nas jako społeczeństwa potężnego, ogólnokrajowego kompromisu. Ład społeczny może być stabilny, jeżeli dojdzie do odbudowania wszystkich poziomów wspólnot – od rodziny, poprzez kręgi towarzyskie, społeczności lokalne, zawodowe, regionalne i prowincjonalne, aż po ogólnonarodową wspólnotę państwową.
Drugim istotnym czynnikiem jest pakt zawarty pomiędzy rządem, pracodawcami, pracobiorcami i ogólnie pojętym społeczeństwem.
Utrzymanie własnej waluty, naprawa sytuacji w szeroko pojętym sądownictwie, repolonizacja sporej części banków, ograniczenie wypływu zysków kapitałowych poza granicę przy równoczesnym preferowaniu inwestycji przemysłowych, a nie finansowych na terenie kraju, interwencjonizm na rzecz krajowych producentów pod warunkiem, że będą zmniejszać bezrobocie, podstawowy parasol ochronny dla rodzin z dziećmi. Społeczeństwo zaś musi zaakceptować na okres przejściowy niskie wynagrodzenia. Każdy musi dać coś z siebie.
Niech mi nikt nie mówi, ze tak się nie da. Tak się da, bo tak się dzieje w świecie. Globalizacja zaś nie jest żadną przeszkodą. Ta nowa forma neokolonializmu nas nie musi dotykać w stopniu dokuczliwym. Wszak początki globalizacji sięgają pierwszych lat ubiegłego wieku.
To plan dla Polski.


Komentarze
Pokaż komentarze (69)