To będzie historia znana mi z przekazu, potwierdzona jednakże w części przez niemieckie źródła. Nie chciałbym jednak, by posłużyła jako pretekst do niewybrednych ataków. To życie pisze scenariusze, które niekoniecznie pasują do naszych wyobrażeń. Warto jednak w imię prawdy historycznej, która składa się nie tylko z dokumentów, ale i relacji świadków, pewne przekazy zachować w pamięci. Ten tekst nie traktuje o wyższości cywilizacyjnej Niemiec. Traktuje o mechanizmach charakteryzujących cywilizację określaną jako wyższa. Rzecz działa się na Śląsku.
Historia młynka do mielenia zboża
Na rok przed wojną dziadek do spółki z sąsiadem zakupili młynek do „szrotowania” zboża. Dziadek zakupił młynek, a sąsiad silnik elektryczny. Przed wojną prąd na śląskiej wsi był czymś normalnym, nie doprowadzono go co najwyżej do odległych przysiółków lub pojedynczych zabudowań. Zbliżała się wojna i w sierpniu ’39 dziadek został zmobilizowany do polskiego wojska. Wraz z dziadkiem zarekwirowano furmankę i jednego konia. Sąsiad – ten od silnika – ze względu na wiek nie został zmobilizowany lecz oddelegowany do pomocy logistycznej, co polegało na tym, że swoim zaprzęgiem wykonywał polecenia transportowe na rzecz wojska. Mój drugi dziadek nie został zmobilizowany z powodu tego, że był urzędnikiem gminnej administracji.
Wybuchła wojna. Pomimo tego, że moja rodzinna miejscowość – dziś dzielnica Rybnika – była oddalona od niemieckiej granicy o 20 km, Niemcy pojawili się dopiero 2 września. Przyszli w liczbie kilkunastu żołnierzy na piechotę. Dopiero po kilku dniach pojawili się cywilni przedstawiciele okupanta. Dziadek – urzędnik został zwolniony z pracy, ale równocześnie dostał nakaz pracy i skierowano go do robót publicznych wykonywanych w okolicy. Najniższe szczeble administracyjne oraz samorząd, zostały obsadzone przez Ślązaków sympatyzujących z Niemcami lub też przez tych, którzy od dawna deklarowali swoje niemieckie pochodzenie. To byli po prostu sąsiedzi, z którymi żyło się przez lata w zgodzie.
Dziadek i sąsiad „od młynka” wrócili w pierwszych dniach października bez koni i furmanek. Nie wiem, gdzie był sąsiad – dziadek dotarł z polskim wojskiem w okolice Nowego Sącza, czy gdzieś w te okolice, po czym po rozpadzie armii wrócił szczęśliwie do domu.
Już w październiku Niemcy dokonali oceny stanu gospodarstw rolnych. Jak to oni – skrupulatnie i przy pomocy szeregu formularzy do wypełnienia. Zakazali „szrotowaniia” zboża, zarekwirowali młynek wraz z silnikiem oraz nałożyli na gospodarstwa kontrybucję w postaci niektórych płodów rolnych, w tym zboża. Równocześnie wypłacili spore odszkodowania za zarekwirowane przez Polaków furmanki, konie i inne narzędzia rolnicze. Napiszę tylko, że dziadek za to odszkodowanie kupił nie tylko konia i furmankę, ale i młockarnię, zmechanizowaną kosiarkę do traw i zbóż, a także urządzenie do kopania ziemniaków. Wszystko z nadrukiem „Krupp”. Jednym słowem gospodarstwo znacznie zwiększyło swoją wydajność, co pozwoliło zrealizować nakazane przez Niemców kontyngenty.
Nastał rok ’44. Niemcy przegrywali na wszystkich frontach. Ci Ślązacy, którzy chcieli walczyć po ich stronie dawno już walczyli. Teraz przyszedł czas na „mięso armatnie”. Nastąpiło masowe wcielanie Ślązaków do niemieckiej armii praktycznie bez względu na wiek. Ustawiali poprzeczkę na pewnej wysokości i kazali młodym chłopcom przechodzić pod nią. Byłeś za wysoki to miałeś pecha. Ci niżsi szli do kopania okopów. Mój dziadek – urzędnik został wcielony do oddziału sanitarnego. Do sowieckiej niewoli dostał się po kapitulacji Wrocławia. Nie przeżył transportu na wschód. Pochowano go w okolicach Tyflisu. Rolników jednak Niemcy nie ruszali. Do końca byli im potrzebni.
Wrócę teraz do tytułowego młynka. Pewnego popołudnia w pierwszych dniach stycznia ’45, gdy front zbliżał się do Żor i Rybnika, ten sam Ślązak, który zarekwirował młynek wraz z silnikiem, przywiózł go z powrotem. Wkrótce Niemcy przywieźli sporą ilość zboża i kazali je „zeszrotować” z poleceniem rozdania mieszkańcom wsi. „Szrotowano” całą noc. Zboże pochodziło z magazynów w pobliskich Żorach. Niemcy nie byli w stanie już go wywieźć, gdyż szlaki kolejowe i drogi były zapchane wojskiem i uciekinierami. Nie chcieli zaś, by dostało się w ręce Sowietów, więc postanowili je rozdać okolicznym mieszkańcom, a przecież mogli je spalić. Rozdali wszystkim – nie tylko Niemcom, ale i Polakom.
Mnie w tym wszystkim intryguje jedno… Przecież wystarczyło to zboże tylko rozdać, a oni kazali je jeszcze „zeszrotować”. Czyżby taki był ich kod kulturowy ?
Mój ojciec do dziś się nad tym zastanawia. Ja zresztą też.
Ale najważniejsze w tym wszystkim jest to, że oddali ten zarekwirowany młynek. Może więc uznali, że sami sobie powinniśmy to ziarno zemleć ?
Nikt tego zapewne tak do końca nie wie.





Komentarze
Pokaż komentarze (15)