Nikogo tak nie boją się rządy Eurolandu – określane jako kraje południa - jak tej nieformalnej organizacji. Trójgłowy organ – stworzony poza jakimikolwiek ramami prawnymi przewidzianymi przez europejskie traktaty – który miał pilotować programy reform krajów strefy euro zagrożonych bankructwem, jest poddawany coraz śmielszej krytyce i jemu samemu grozi polityczne bankructwo.
Piszę o grupie ludzi reprezentujących Komisję Europejską, Europejski Bank Centralny oraz Międzynarodowy Fundusz Walutowy.
Twór ten został nazwany „Trojką”. Powstała z okazji „ratowania” Grecji w maju 2010 r ; współpracuje dziś z rządami trzech innych państw członkowskich strefy euro: Portugalią, Irlandią i Cyprem. W Hiszpanii bierze udział przy „naprawie” systemu bankowego.
To ona ustala listę oszczędności, reform strukturalnych czy prywatyzacji, do których przeprowadzenia musi się zobowiązać kraj, jeśli chce otrzymać w zamian gigantyczną pożyczkę, która pozwoli mu uniknąć niewypłacalności. Nieoficjalnie jednak wiadomo, że zadaniem tego tworu jest odzyskanie pieniędzy, które w różnej formie zostały przyznane wymienionym krajom.
Struktura ta, działająca nieprzejrzyście, w trzy lata wyrosła na symbol autorytarnego zarządzania kryzysem. W wyniku takiego zarządzania rządy krajów strefy euro stawia się pod ścianą i zmusza, jeśli chcą uniknąć bankructwa, do realizacji reform odrzucanych do tej pory przez poszczególne rządy i obywateli tych krajów. Metody zastosowane we wspomnianych krajach przez „Trojkę” nie są wykwitem wybitnej myśli ekonomicznej. Są po prostu brutalnym rozwiązaniem czysto liberalnym w podejściu nie tylko do finansów, ale i do społeczeństwa. Ta polityka – co dziś już wyraźnie widać – nie doprowadziła do radykalnej poprawy sytuacji gospodarczej w Grecji, która nadal wymaga pilnie zastrzyku kolejnych miliardów euro, skompromitowała się na Cyprze zamykając tamtejsze banki, nie zmniejszyła bezrobocia ani w Grecji, ani na Cyprze, a także w Hiszpanii, Portugalii i Irlandii.
Polityka cięć, wyprzedaży i redukcji etatów okazała się nieskuteczna i coraz częściej słychać, że jest polityką błędną i szkodliwą. Problem w tym, ze bogatym krajom północy trudno się do tego przyznać. Temat jednak żyje, a sama „Trojka” przeżywa kłopoty, które mogą doprowadzić wkrótce do jej upadku.
Napięcie rośnie wewnątrz samej „Trojki”. Główny powód to nasilający się niepokój MFW, który stara się ograniczyć straty i nie utracić resztek praw do zarządzania kryzysem. MFW nie zgadza się z dotychczasowym sposobem zarządzania kryzysem i już teraz tego nie kryje. Opublikowany w czerwcu raport był dla Brukseli, Paryża i Berlina szokiem, bowiem MFW krytykuje w nim plan ratunkowy wynegocjowany dla Grecji w 2010 r., wyrażając pogląd, że lepiej było „złagodzić” politykę oszczędności poprzez częściowe umorzenie długów publicznych – taki scenariusz wykluczały wówczas Paryż i Berlin.
Wall Street Journal pisał przed niespełna dwoma tygodniami, o wewnętrznych dokumentach MFW, które dowodzą, że w decydującym momencie, w maju 2010 r., ponad 40 państw członków Funduszu – wszystkich spoza Europy – było przeciwnych planowi pomocy dla Aten w takiej postaci, w jakiej został on zaproponowany.
Tymczasem Prezes EBC Mario Draghi, gdy odpowiadał we wrześniu w Brukseli na pytania europosłów na ten temat, próbował minimalizować rolę EBC w „Trojce”. Spełnia on jakoby funkcję zwykłego doradcy „w kontaktach z Komisją”, dostarczając „ekspertyz technicznych”. Jasno więc widać, że obie instytucje finansowe nie mają zamiaru samodzielnie brać na siebie odpowiedzialności za dotychczasowe działania „Trojki”, a najlepiej zwaliliby wszystko na Brukselę.
Komisja Europejska, zachowująca stoicki spokój pośród zawieruchy, robi dobrą minę do złej gry i bierze na siebie katastrofalny bilans trzyletnich działań „Trojki”. Czy przed zbliżającymi się wyborami europejskimi Manuel Barroso, tak zazwyczaj skory do wyrażania niepokoju z powodu narastania „populizmów”, zdaje sobie sprawę z tego, co robi? Jego kolega, Olli Rehn, najwyraźniej się nie krępuje, zapowiedział w sierpniu, że wystartuje w wyborach na szefa europejskich liberałów.
Strach pomyśleć, w jakim kierunku pójdzie Unia Europejska pod przewodnictwem tak światłych postaci. I marne pocieszenie, że Barroso może ostatecznie odejść. Na jego miejsce sposobi się przecież socjaldemokrata Schultz.


Komentarze
Pokaż komentarze (14)