Informacja o amerykańskich podsłuchach ponad trzydziestu europejskich polityków wysokiego szczebla jest niezmiernie ciekawa z kilku powodów. Co prawda dla mniejszych graczy politycznych może być okazją do tupnięcia nogą i pogrożenia palcem zamorskiej potędze, na co w normalnych okolicznościach nigdy by się nie zdobyli, tak możliwy podsłuch Angeli Merkel jest czymś zdecydowanie większego kalibru.
Jeśli więc rzeczywiście amerykańskie służby wywiadowcze podsłuchiwały rozmowy, które kanclerz Merkel prowadziła przez swój telefon komórkowy, to takie działania mogą być odczytane albo jako czyste szaleństwo albo też wyrafinowana gra międzynarodowa, która wkroczyła na kolejny, wyższy lewel. Można więc mówić o zjawisku wysoce niepokojącym.
Putin prawdopodobnie kładł się wczoraj spać z szerokim uśmiechem na twarzy w przeciwieństwie do Merkel, która mogła poczuć się co najmniej zdradzona. Amerykański podsłuch skierowany na europejskiego przywódcę, który w swej karierze politycznej nigdy nie służył antyamerykańskim ideom i zawsze odważnie bronił osi transatlantyckiej jest jak policzek wymierzony w najmniej oczekiwanym momencie.
Przede wszystkim warto byłoby się dowiedzieć, dlaczego ujawnionego skandalu przez dziennikarzy nie odkryły stosowne służby wywiadowcze europejskich państw. To zakrawa już na mega kompromitację służb oraz odpowiednich ministerstw, których przedstawiciele domagają się wyjaśnień od Białego Domu.
Cała ta sytuacja staje się żenująca co i kompromitująca nie tych co podsłuchiwali, ale samych teoretycznie podsłuchiwanych.
Nasuwa się także pytanie dotyczące USA - kto w ogóle sprawuje jeszcze kontrolę nad amerykańskimi służbami bezpieczeństwa. Merkel nie jest pierwszym czołowym politykiem, którego dotknął ten problem. W kręgu zainteresowania amerykańskich służb znalazła się prawdopodobnie także prezydent Brazylii Dilma Rousseff, która z tego powodu odwołała we wrześniu wizytę państwową w USA. Zaledwie kilka dni temu ambasador Stanów Zjednoczonych w Paryżu dostał wezwanie do francuskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, gdyż zaistniało podejrzenie, że pod przykrywką walki z terroryzmem uprawia się szpiegostwo przemysłowe. Tę samą kwestię poruszał podczas kampanii wyborczej w Niemczech Peer Steinbrück. Wielu uważało wtedy, że to objaw histerii. Jak się dziś okazuje, wątpliwości Steinbrücka były więcej niż zasadne.
Gdy na celownik bierze się przywódców państw, nie może w tym być przypadku. Jest to działanie z zasady systematyczne. Sprawa Merkel może okazać się czymś co przewartościuje w sposób istotny wzajemne stosunki nie tylko pomiędzy oboma krajami, ale także położy się cieniem na stosunkach USA ze Starym Kontynentem.


Komentarze
Pokaż komentarze (109)