Zakończenie wojny ogłoszono 9 maja. Wieczorem tego dnia lub dzień później proboszcz Tobola odprawił uroczystą mszę zakończoną pieśnią „Boże coś Polskę”. Kościół był pełny. Wielu ludzi płakało, nie zawsze ze szczęścia, gdyż nie wrócili jeszcze z wojny mężczyźni-mężowie, ojcowie, synowie, przyjaciele. Przyszłość była niepewna. A tak w ogóle to mieliśmy szczęście. Parę dni później odbyła się rekwizycja „nadwyżki” zbóż.
Przyszedł oficer sowiecki, chodził po strychu i wyznaczył ilość żyta i owsa do oddania. Ojciec odwiózł zarekwirowane ziarno. Nie zabrano nam wszystkiego. Mieliśmy też inne przeżycia z żołnierzami sowieckimi. W kwietniu zobowiązano ojca do wyjazdu z koniem i wozem na Paruszowiec, gdzie w miejscu betonowego mostu zniszczonego przez Niemców saperzy budowali nowy drewniany most.
Ojciec wraz z innymi furmanami przywoził z pobliskiego lasu bale drewniane. Pilnował go przez cały czas żołnierz o mongolskim wyglądzie. Wieczorem przyjeżdżał z ojcem do domu i nocował u nas. Spał na ławie w kuchni. Nie chciał skorzystać z łóżka.
Matka bała się go strasznie z powodu jego wyglądu, chociaż zachowywał się spokojnie. Z naszego trwożliwego zachowania musiał wyciągnąć niewłaściwe wnioski. Myślał chyba, że go lekceważymy. Kładąc się spać, powtarzał jakieś słowa, których wtedy nie rozumieliśmy.
Zapamiętałem niektóre, np. „kak sobaka”. Dopiero po latach doszedłem do wniosku, że było mu przykro. Kiedy pytałem się ojca, dlaczego tak się bał tego żołnierza, powiedział mi, że zachowywał się on w lesie dziko i dziwnie.
Według ojca, kiedy kopnął do korzenia wystającego na leśnej drodze, strzelał do niego. Nie mam pewności, czy rzeczywiście tak było. Żołnierz nie chciał jeść niczego, co mu matka podawała. Może bał się otrucia. Taka nieuzasadniona w tym przypadku obawa towarzyszyła też niektórym innym żołnierzom.
Nieco później, po zakończeniu wojny, kiedy sowieckie oddziały wojskowe wracały piechotą lub konno przez Ligotę i Świerklany na wschód, gdyż pociągi nie były w stanie pomieścić tak wielkiej liczby żołnierzy, przybyli do naszego domu na pięknych wypasionych koniach dwaj Sowieci i zażądali świeżego krowiego mleka. Zaniosłem im je w szklankach. Musiałem upić trochę przed wręczeniem go żołnierzom. Widocznie mi nie ufali. Razem z regularnym wojskiem wracali również maruderzy. Sprzedawali oni za wódkę konie zdobyte na terenach niemieckich.
Handlował z nimi wujek Wilhelm (Wiluś) z Ligoty. Ojciec kupił za jego pośrednictwem ciężarną klacz, która dzień po jej przyprowadzeniu zaczęła rodzić. Była ona prawdopodobnie zagoniona marszem, gdyż zarówno źrebię jak i klacz nie przeżyły porodu.
Transakcje te nie zawsze były bezpieczne. Zdarzało się, że maruderzy wracali w nocy i zabierali nabywcom to, co im uprzednio sprzedali. Mieliśmy też inne przygody z koniem, którego nam nie zabrano. Gdzieś na początku maja pod wieczór wiozłem na pole obornik.
Przed kościołem zatrzymał mnie żołnierz i zmusił do zrzucenia obornika z wozu i do pojechania z nim na przykopalniany tartak po deski, które po załadowaniu zawiozłem na plac przy dzisiejszym przedszkolu. Potem zwolnił mnie. Załadowałem ponownie obornik i zawiozłem do „Płotek”. Wróciłem do domu o zmroku. Zaniepokojeni rodzice mieli do mnie pretensje o późny powrót. Mniej więcej w tym samym czasie bronowałem pole „Za lasem”. Przy ul. Rajskiej stał wtedy tylko jeden dom Motyki. Poza tym istniała wolna przestrzeń. Przy tej ulicy znajdował się też strącony samolot, prawdopodobnie sowiecki.
Na Papieroku grupa pijanych żołnierzy łowiła ryby, rzucając granaty do wody. Kiedy mnie zobaczyli, zaczęli strzelać w moim kierunku. Słyszałem świst pocisków. Bronowałem jednak lekkomyślnie dalej, starając się chodzić skryty za koniem. Po pewnym czasie strzelanina ustała.
Pewnego razu jechaliśmy z ojcem na to samo pole. Zatrzymał nas sowiecki żołnierz, który jechał wozem ciągnionym przez małego huculskiego konika. Koniecznie chciał się „zamienić” końmi.
Z trudem udało się nam go przekonać, że na takiej zamianie straci, bo nasz koń jest chory. Była to chyba prawda, gdyż koń ten posiadał na nodze narośl, która wskazywała na chorobę. Zdechł on zresztą po roku. Broniliśmy go, gdyż mały konik, którego posiadał żołnierz, nie byłby w stanie uciągnąć naszego większego wozu i naszych narzędzi rolniczych.
Sowieci, ludzie Wschodu, reprezentowali inną, nieznaną we wsi kulturę. Widziałem ich kąpiących się w stawie nago, kobiety razem z mężczyznami, co u nas nie było wtedy do pomyślenia. W naszej wsi przebywały także w czasie wojny na pracach przymusowych kobiety, przeważnie Ukrainki. Dwie z nich pracowały u wujka Ernesta Konska, którego Niemcy powołali do wojska.
Po przyjściu Sowietów kobiety te zachowywały się bardzo swobodnie, nieraz baraszkowały z żołnierzami na oczach dzieci. Przygotowując się do balu, rozpruły dwie pierzyny i uszyły sobie suknie balowe z inletu.
Zapamiętałem, że ten bal odbył się w lesie po lewej stronie drogi do Świerklan, w którym stacjonowała też jednostka wojska polskiego, gdyż wtedy doszło do konfliktu z Czechami o Zaolzie, które Czesi przyłączyli znów do swojego państwa16.
Rościli oni pretensje nie tylko do Zaolzia lecz także do Raciborza i okolic. Spór przeciął Stalin, który przyznał Zaolzie Czechom, gdyż nie uznawał on układu monachijskiego z 1938 r., w wyniku którego Polska weszła w posiadanie tej ziemi zamieszkałej przez większość polską. Pewnego dnia przybył do naszego mieszkania żołnierz z budzikiem w ręce i długo żądał od ojca wskazania mu adresu „majstra” który umiałby przerobić ten zegarek na kilka zegarków ręcznych. Był bardzo niezadowolony, kiedy mu tłumaczyliśmy, że tego nie można wykonać. Zegarki ręczne były u sowieckich żołnierzy bardzo w cenie. Zabierali je ludziom. Widziałem żołnierza, który nosił na jednej ręce zegarki od nadgarstka dłoni aż po pachę.
Wielką gratką dla sołdatów były rowery, które też zabierali ludziom. Często zjeżdżali na nich bez powietrza w dętkach od budynku gminnego w dół. Droga była wtedy utwardzona drobnymi kamieniami, które w czasie deszczy wypłukiwała woda. Jeżdżący na takiej drodze, a właściwie uczący się jazdy na rowerach często się wywracali. Zachowanie niektórych po upadku było dziwne. Strzelali do rowerów, co sam widziałem na własne oczy.
Sowieci polowali też na wszystko, co wyglądało na złoto. Odbijali od filiżanek złocone ucha i inne detale. Kiedy uczyłem w Gotartowicach, uczniowie pokazywali mi mieszki wypełnione takimi „skarbami”, które znajdywali w sowieckich okopach w lesie. Gdyby mi ktokolwiek dziś opowiadał takie historie, nie bardzo bym mu wierzył, ale widziałem to wszystko na własne oczy.
c.d.n.
Mieczysław Kula
Historyk, absolwent UJ w Krakowie, autor książek o tematyce śląskiej, tłumacz literatury niemieckiej, emerytowany dyrektor II LO w Rybniku.
Uwaga: W oryginale opracowanie zawiera przypisy, rysunki (szkice), zdjęcia i mapy.
Poprzednie odcinki:





Komentarze
Pokaż komentarze