Na sierpień 1980 roku czekałam z niecierpliwością. Przede mną był najbardziej atrakcyjny moment moich wakacji, wyjazd na Ukrainę, wchodzącą jeszcze wtedy w skład ZSRR. To był mój pierwszy wyjazd za wschodnią granicę i byłam ciekawa jak tam w końcu jest. Program wycieczki przewidywał m.in. pobyt we Lwowie, Kijowie, Symferopolu, Odessie i Jałcie. Gdy wyjeżdżałam trwały już strajki czyli „nieuzasadnione przerwy w pracy”. Pamiętam, że do strajków przyłączyły się już również służby miejskie oczyszczania miasta i od kilku już dni nie wywożono śmieci. Ze śmietników wysypywały się ich góry, a ludzie wyrzucali kolejne tuż obok nich, co powodowało nie tylko okropny widok (robactwo itd.), ale i trudny do wytrzymania smród na całym niewielkim podwórku.
Podczas wyjazdu odcięta byłam od informacji, aż do momentu pobytu na Krymie, gdzie w Jałcie spotkani na plaży Polacy poinformowali nas konspiracyjnie o rozprzestrzeniających się już na całą Polskę strajkach.
Po powrocie sytuacja była już na tyle gorąca, że wieczorami godzinami wsłuchiwaliśmy się w zagłuszane doniesienia zachodnich rozgłośni radiowych o tym, co dzieje się na Wybrzeżu i w innych częściach kraju i konfrontowaliśmy to z tym, co podawały krajowe media. Atmosfera niczym już nie przypominała wcześniejszych protestów z 1976 roku, czy wiosennych strajków w Świdniku.
Moment podpisania przez władzę porozumienia ze strajkującymi stoczniowcami był dla mnie jakiś niesamowity. Oto władza została upokorzona, pokonana przez zwykłych ludzi, którzy poczuli swoją siłę i ogromne poparcie społeczeństwa. Pamiętam Lecha Wałęsę z tym jego wielkim długopisem…
Potem podpisywano jeszcze kolejne porozumienia w innych częściach kraju i ogniska zapalne wygasały. Chociaż sytuacja wydawała się normalizować było jasne, że nic już nie będzie jak wcześniej, ale trudno było przewidzieć tak naprawdę co stanie się dalej...


Komentarze
Pokaż komentarze (24)