W czasach komuny pojęcie ersatz kojarzyło się bez potrzeby wyjaśniania. Było jednym z podstawowych określeń braku sensu, straconych szans, fatalnego wyrazu, pesymistycznej wymowy stanu rzeczywistego. Z dzieciństwa pamiętam słodycze w opakowaniach zastępczych – szarych pudełkach lub torbach.
Można napisać kolejną litanię żali, paradoksów, narzekań pod adresem państwa, w którym żyję. Tylko – po co?
Po co? - dobre pytanie – po co jeszcze tutaj mieszkam? Skoro jest brzydko, smutno, nie istnieje państwo ani wspólnota, które mogły by organizować życie, łagodzić trudy powszedniej egzystencji.
Życie toczy się jakby w dwóch przestrzeniach. Pierwsza – właściwa, nieformalna – przesycona korupcją, kumoterstwem, wzajemnym totalnym brakiem zaufania. Ta, w której faktycznie wykonuje się większość czynności istotnych dla egzystencji (szpital, w którym się urodzisz, praca, która powinna zapewniać możliwość przeżycia, lekarz gdy zachorujesz, grabarz).
Druga przestrzeń – fasadowa, opierająca się na martwych normach prawa stanowionego i na efemerydach prawa moralnego (pożądane u innych, od których każdy „ja” jestem wolny). Życie udawane. Wartości deklarowane. Procedury i rytuały pozbawione treści. Tu właśnie działa nieistniejące państwo – Rzeczypospolita udawana. Opakowanie zastępcze. Sytuacja, w której można się spodziewać największego nawet obciachu lub ciągłej, monotonnie dziejącej się serii małych, codziennych obciachów.
Może lepiej – gdzie indziej? Z dużym prawdopodobieństwem – lepiej.
Dlaczego więc cały czas tu jestem? Mieszkam, pracuję, posyłam dzieci do szkoły. Pokornie płacę podatki i składki na NFZ:)?
Mogę jakoś tam nakłamać – że mój dom (czyli miejsce zamieszkania), język, ojczyzna, bliscy, tożsamość...
Mogę powiedzieć prawdę – boję się zmieniać sytuacji, w której – źle, ale przynajmniej warunkowo i chwilowo, czuję się bezpiecznie. A gdy przyjdzie niebezpieczeństwo – jego skutki zepchnę w podświadomość.
Małe to i miałkie. Jestem chory na Polskę. Uzależniony od zastanego bezruchu. Przywykły do otaczających mnie od urodzenia absurdów. W obawie przed niebezpieczeństwem zmian, zamiast działać, próbujący oswoić chorą rzeczywistość i funkcjonować „normalnie” w narzuconych z zewnątrz szkodliwych warunkach.
Już pora wstawać, bo mogę nie zdążyć przed śmiercią.


Komentarze
Pokaż komentarze