Wyprawiając młodocianych do szkoły, jak zwykle starałem się wcisnąć im po kanapce. Napotkałem na opór czynny i reakcję negatywną. Zdesperowany zadałem pytanie „Cóż mam więc robić, by dzieci nie chodziły do szkoły głodne?”. „Poobcinać im nóżki” odpowiedział syn.
Od razu przed oczami stanął mi Rząd kraju mojego, w którym pokładam zaufanie. I pytanie w ustach jego „Co robić, gdy finanse publiczne walą się, jak domek z kart, a ¼ populacji w ogóle nie dokłada kasy do interesu, funkcjonując w szarej lub czarnej strefie, dodatkowo żąda zaś poszanowania swego prawa do państwowej emerytury?”.
Prosta odpowiedź, jak słowa dziecka, w ustach prezydialnego eksperta – „Złapać tych, co jeszcze uczciwie się rozliczają, dociążyć ich większym podatkiem, a na pewno co dobrego z tego będzie”.
Oba obrazy „powyższe” są jak ze snu schizofrenika.
Pierwszy, zanurzony w niezamierzonym, a i nieuświadamianym zapewne, brutalnym absurdzie (widział kto głodne dziecko, z poobcinanymi nóżkami, którym nie zajęła by się choćby jedna całodobowa telewizja?).
Drugi, równie śmieszny. Przez oczywistość bzdury, jaką właśnie teraz najwielebniejszy Parlament poddaje uporczywemu procesowi weryfikacji.
Ja w tym wszystkim – standardowo, zdezorientowany. Lub nie chcący się orientować.
„Cóż mnie to wszystko obchodzi?” mógłbym rzec sam do siebie. Najwyżej, od nowego roku będę kupował bułki w tej, z pobliskich piekarni, gdzie zamiast kasy fiskalnej, miła skąd inąd Pani, używa wyłącznie kalkulatora – by sumiennie obliczyć należność.
Od zawsze jednak, po prostu czuję się z tym źle. Czy to uczucie ma mi towarzyszyć aż do śmierci?
Kim jestem w tym państwie?
Sprawnie uwijającym się, rączym rekinem?
Czy osamotnioną żabą, pośrodku autostrady?


Komentarze
Pokaż komentarze