Nie tak dawno, jechałem warszawskim tramwajem. Objuczony niewygodnym plecakiem stanąłem w drzwiach pojazdu i jak zwykle – zatopiłem się w swoich myślach. Nie zauważyłem nawet, gdy na przystanku, para młodych ludzi miała problem, by przecisnąć się do wyjścia.
- Mógłby Pan wysiąść – rzucił mi mężczyzna – było by łatwiej wyjść.
- Tak było by łatwiej – skomentowała kobieta – tylko po co?!
Nie zdążyłem nawet zareagować. Para jakoś poradziła sobie z moim cielskiem przy wysiadaniu i szybko podążyła w nieznane. Ja zostałem z owym retorycznym pytaniem: „Po co łatwiej?”.
Mam wrażenie, że wiele osób poczytuje za sens swojej i innych egzystencji postulat „by łatwiej się żyło”. Łatwość w powszechnym rozumieniu urasta do synonimu szczęścia. W przekazie medialno-kulturowym ideał egzystencji każe pozbawiać człowieka jakichkolwiek utrudnień. Powszechnie uznaje się za zjawisko niepożądane trud życia doczesnego - np. wszelkiego rodzaju obowiązki, uciążliwą zapobiegliwość o bezpieczeństwo i pożywienie szybko przechodzącą w pragnienie osiągnięcia wygody, całkowitej bezczynności i niewyczerpanego dostatku.
Odzwierciedlenie tych zjawisk znajdujemy także w świecie państwa i polityki. Niemalże każdy program polityczny zawiera postulaty ułatwień dla wyborców czy innych obywateli. Sławne wszem i wobec, „Przyjazne państwo” jest np. ideą ułatwiania prowadzenia biznesu lub chociażby maksymalnego upraszczania przepisów prawa. Nowoczesna szkoła powinna dbać by nauka przychodziła jak najłatwiej. Dobry urząd powinien działać, jakby nie istniał – by sprawy w nim załatwiane były łatwo. Idealne rząd i parlament jawią się zaś jako instytucje nie borykające się z żadnymi przeszkodami (postulaty 500 dni spokoju itp.), nie prowadzące żadnych sporów, wykonujące swe zadania w zgodzie, przyjaźni i bez wysiłku.
Czy taki obraz naszych pragnień jest atrakcyjny? Czy nie mamy ochoty po prostu wyrzygać się na ów niepowstrzymany pęd do łatwości? Czy łatwe życie ma w ogóle jakiś smak?
Takie pytania są bez sensu. Mogą tylko prowadzić do dalszych i głębszych frustracji.
W pierwszym planie bowiem jawi się realny tzw. stan faktyczny. Gdy przeprowadzimy najprostszy przegląd naszej egzystencji, natychmiast pojawi się wniosek, że jest ona nieustającym borykaniem się z różnymi trudnościami. Przeszkody są treścią życia powszedniego. Wypełniają je. Ułatwienia zaś stanowią jedynie wyjątek od zasady. Często kojarzy się ich występowanie ze ślepym losem – łutem szczęścia.
Trud (także w rozumieniu z rosyjska – praca) towarzyszy nam od narodzin, aż do śmierci. Wszystkie ludzkie czynności – i najprostsze, i abstrakcyjne, związane są z podejmowaniem mniejszego lub większego wysiłku. Historia życia człowieka zaś jest serią trudności pokonanych, opanowanych, których udało się (z trudem) uniknąć oraz sytuacji przegranych. Szczęście można sobie wyobrażać także jako stan w trakcie i po pokonaniu kolejnego problemu. Sens życia można odnajdować w podejmowaniu kolejnych wysiłków. Wystarczy uświadomić to sobie… Dlatego po prostu – nie jest łatwo. I pewnie – nigdy nie będzie.
Dlaczego więc politycy nie startują do wyborów z hasłami typu „zróbmy coś wreszcie razem” lub „w pracy najlepszy jestem ja”? Oto smutny obraz natury ludzkiej. Śmiałkowie chętni do władzy mówią tak, jak wyobrażają sobie, że ich wyborcy chcieli by słyszeć.
Nie ma jednak przyszłości wobec postawy rozleniwionego kota wylegującego się na ciepłym piecu. Historia uczy, że ktoś musi dokładać drew do ognia i dolewać mleka do miski. Jak wyżej – taka po prostu jest rzeczywistość.
Powracając zaś do tramwaju ze wstępu. Pominę fakt, że wszakże byłem starszy od wychodzących i mogłem liczyć w tym zakresie na jakiś handicap. Gdybym , z moim plecakiem wychodził na każdym przystanku, a potem znowu wsiadał, było by mi – trudniej… Zabawny paradoks. Moje „łatwo” stanęło na drodze aspiracji niezadowolonej pary.


Komentarze
Pokaż komentarze