- Tylko napisz to ładnie.
Prosił niemal ze łzami w oczach, stojąc w skarpetkach na biurowej wykładzinie (Szef nie lubi, gdy ciężkozbrojnymi butami nanosimy błoto i sól z ulic na salony). Taki Zdzisław. I zagroził jeszcze na odchodne: „Bo sam się za to wezmę”.
Zawijałem się. Pomysłem rzuciłem zdecydowanie na finał dnia pracy. Katar i zmęczenie, jak przeważnie, dawały się we znaki. I nie było siły tu wysiedzieć – dwie godziny dłużej od Szefa, który dawno przestał być szefem.
Dobre mi sobie – Zdzisław z moim ostatnim myślowym patentem, na bezbrzeżnej głębi pustej kartki... Właściwie – słowo patent nie pasuje. Raczej chodzi o jakąś, no, tę, tego... ideologię. Też, jakby co nieco ukradzioną – o czym poniżej więcej jeszcze będzie.
A ja wszakże, jakże zakochany w słowach, w myślach, w koncepcjach – najczęściej własnych.
Z ostrym dramendbejsem w słuchawkach wypadłem na przestrzenie zimnego miasta. Poganiany klątwą Zdzisława na plecach i niewydarzonymi koncepcjami dźwięcznie obijającymi się wewnątrz obolałej głowy. Nie zapominajcie o podwójnie zbasowanej perkusji atakującej mnie przez uszy...
Poprzez ten melanż starałem się jednak oglądnąć mą wizję – jak pejzaż czasu z powieści Vonneguta.
Na samym dole, u podstaw zobaczyłem polskich pracowników cierpiących w okowach systemu. Niemal ostatnim tchnieniem spoconych ciał, wysługujących się zagranicznym inwestorom. Dajmy na to – koreańskim kukiełkom, przysyłanym do Europy w kontenerach blaszanych, od razu w nieoclonej wypasionej beemwicy (takiej, jakie Szef lubi sobie wyobrażać, po nieudanym pożyciu małżeńskim), z darmowym laptopem, rozpartym na tylnym siedzeniu i z plikiem służbowych plastikowych nośników mamony, dostępnej na pstryk małego żółtego paluszka.
Trochę przeląkł mnie ich widok – ale na słabe warunki atmosferyczne i zły stan zdrowia zważywszy... Statek z kukiełkami w kontenerach, płynie do nas wiele dni. W tym czasie kukiełki pilnie uczą się angielskiego, a w wolnych chwilach studiują podręczniki gry w golfa. W ojczyźnie mej muszą jakoś porozumiewać się z tubylczymi sługusami. Z uwagi zaś na niepozorne walory estetyczne i skromny wymiar, jedyną formą spędzania czasu, do jakiej tubylcze sługusy mogły by ich dopuścić jest właśnie golf (podręczniki tegoż są drogie, pisane w obcych językach, a pola golfowe obłożone horrendalnym podatkiem od nieruchomości).
Dotarłszy jednakże do kraju, zaraz po orzeźwiającej kąpieli w udostępnionym nieodpłatnie lukrowanym apartamencie z bardzo dużą łazienką, stawiają na karku rzeczonych polskich pracowników, swoje, oryginalnie zagraniczne, pochodne instrumenty finansowe.
A polski pracownik czasem chciałby sobie tak po prostu zaszaleć. Przypomniawszy czasy, gdy gdańscy stoczniowcy o coś tam walczyli, poganiani gromkimi pierdnięciami jakiejś Leokadii Twardodziób... przypomniawszy i wzbudziwszy w sobie naturalną niechęć do ciężkiej roboty za dziadowską jałmużnę... wzbudziwszy i dowiedziawszy się o haniebnie korzystnych, dla wszelkiego, antyustrojowego hochsztaplerstwa, unormowaniach... polski pracownik chciałby sobie założyć związek zawodowy (i skończyć to zdanie).
Jeśli się ma odważnych kumpli, znajomości u sędziego sądu rejestrowego, pomysł jaki, założenie związku zawodowego w koreańskiej firmie w Polsce, zdaje się o wiele prostsze niż założenie kaleson przez głowę.
Więc ruszają, w mojej wizji, do boju dzielni związkowcy. A śnieg z deszczem stara się w tym czasie uprzykrzyć moje samopoczucie.
Należy się spodziewać, że koreańska kukiełka, czyli pospolity u nas Pan Prezes Montowni Pudełek Na Przywożone Z Korei Cośtam, jednak nie jest pozbawionym popularnie rzecz biorąc – jajec.
Brak możliwości zablokowania stworzenia związku zawodowego nie oznacza bowiem, że zarząd tego związku będzie bez ustanku korzystać z ustawowych zabezpieczeń przed wywaleniem go na bruk wszelaki.
Koreańskie kukiełki – zanim korporacja zapakuje je znowu do blaszanego kontenera i odeśle gdzieś – w niewiadomym kierunku – prostą regulacją załatwiają problem. Przewidując, że w kraju Polska, praca ma charakter przede wszystkim podmiotowej wartości, ustaliły regułę, w której umowy o pracę zawiera się na czas określony. Taka umowa nie wymaga rozwiązywania, szarpania się po miejscowych sądach – po prostu wygasa. Po to – by do prostych czynności przeładunkowych w fajnej koreańskiej firmie, miały dostęp ciągle nowe rzesze pracowitych polskich świnek. Wymiana inwentarza produkcyjnego (lepiej brzmi niż „zasób ludzki” nie?), następuje w okolicach końca roku gregoriańskiego. To znaczy – gdy w kraju Polska mamy okres ciepłych, rodzinnych, świątecznych refleksji. W tym to czasie, koreańskie kukiełki korzystają sobie z dziur w polskim systemie zabezpieczeń socjalnych. Wręczają więc stosowne pisma związkowemu inwentarzowi, a co by nie zasłabł na wieść, że koniec kasy z zagranicznego źródła, fundują mu nawet, w ramach świątecznych prezentów pod choinkę, przewóz taksówką na miejsce prywatnego pobytu. Szeroko pisze o tym polska prasa – ciesząc się zapewne, że w ogóle ma o czym pisać.
Można generować różne refleksje w związku z powyższym. Mi nasuwa się ta – niezbyt oczywista. Ale smutna – naprawdę. Polskie przepisy prawne (tu – Kodeks pracy i jego pochodne), w praktyce rzadko okazują się użyteczne. Szczególnie – w potrzebie ochrony tych, których ideologia nazywa słabszymi.
Z drugiej strony – utrzymanie niepraktycznego, rozbudowanego bez miary, systemu legislacyjnego musi dużo kosztować. Nie wspomniawszy o żywej, konsumpcyjnie nastawionej, obsłudze urzędniczej. A koszty, jak zwykle ponosi państwo.
Ze strony trzeciej – państwo Polska, ma ostatnio (tzn. „jak zwykle”) problemy z uzbieraniem kasy na swoje utrzymanie. I wszyscy musimy znosić fakt, że istnieje ono bardziej wirtualnie niż realnie. Wśród miłośników filozofii Matrix nie jest to wada. Ale owi miłośnicy mogą znienacka obudzić się i zacząć propagować zupełnie inną wizję realu.
Jakże mi odnieść się do tej refleksji? Gdzie szukać inspiracji lub twórczego przewodnictwa, gdy wokół zimno i wietrzno i na głównej arterii miasta śnieg zakrył równą warstwą jezdnię tak, że żaden tramwaj nie odnajdzie na niej swojego toru?
W bolącej głowie przeglądam galerię moich natchnień i autorytetów, którym wierzę. I ufam. Wszakże pomysł mam już od dawna. Ale trzeba zachować pozory. Tutaj nic nie może przychodzić łatwo, jak mawiała moja babcia. Pomysł zaś jest kradziony. Wyszarpnięty wprost z o wiele większej głowy, niż mój skołatany, durny łeb szarego zjadacza chleba…
Dla mnie, jak dla psa Pawłowa, słowo „autorytet”, bez udziału woli i intelektu, od razu generuje reakcję. Przed oczami wyobraźni staje twarz najwybitniejszego męża wszechczasów. Jakby siekierą ciosana, z wyrytym na trwałe wyrazem inteligentnej pewności siebie. Prosta kreska silnych ust, delikatnie jednak uśmiechających się do świata, a nad nimi, osadzone jak ornament, na sympatycznym nosie, okulary w złotych oprawkach.
Nie bacząc na dzielącą nas przestrzeń mojej niewiary i niekompetencji... Nie wspomnę, że i na mój stan zdrowia oraz słabą kondycję, nie bacząc. I nie zważając, że prócz kraju Polska, nic nas nie łączy. W mojej chorej wyobraźni, On – pochyla lekko ku mnie swe lewe ramię, by pokrzepić bezcenną radą, jedyną w swoim rodzaju mądrością, która promieniuje z jego blado-niebieskich oczu.
Profesor Leszek – jakże bym śmiał, nawet w myślach wypowiadać jego imię, bez wyraźnej potrzeby.
Ale teraz jest potrzeba. Stan państwa i prawa domaga się wzywania boskich imion – nie nadaremno. Gdy więc stanę i zapytam, poniekąd siebie, wzorem tego, jak niegdyś niejaki Lenin – „co robić?” – wiem, że odpowiedź przyjdzie sama.
Ileż to bowiem razy przychodziła? Niczym ożywcze lśnienie na smutnym wykładzie z ekonomii politycznej socjalizmu w Szkole Głównej Planowania i Statystyki. Jak piorun, wybuchający pośród przyczajonej w ciszy auli, gdy ktoś rozrywa zasłonę, wspomnianą kwestią, wypowiedzianą głośno – „co robić?”.
Wtedy niby poruszone anielskim powiewem, unoszą się brwi Profesora Leszka. Wzrok strzela gdzieś w przestrzeń, niebiesko-żółtym snopem światła. Na ten ożywczy błysk w okularach Profesora, studentkom miękną wkłady w długopisach...
A on spokojnie odpowiada: „Prywatyzować!”.
I wystarczy. Przynajmniej mi wystarczy. Profesor nie musi już czynić wysiłku, by objaśniać – co i jak prywatyzować. Małej polskiej śwince dość po słowie.
Powtarzają zaś szeroko, różni szemrani niby-specjaliści, że u nas wszystko prawie sprzedane zagranicznym inwestorom. Jużci ostało się jeszcze kilka upadłych szpitali, trochę niezdatnego do uprawy ugoru, na którym może ktoś chciałby zbudować jakie, niechodliwe z założenia, centrum apartamentowo-finansowe…
Ileż jednak dóbr wszelakich, choć niematerialnych, w tym kraju Polska, żeśmy w czasach transmutacji, nabudowali. A najwięcej ich w tonach ustaw i rozporządzeń. W morzach interpretacji, instrukcji i okólników, zalewających nasze, poniekąd polskie – urzędy. Ileż kosztuje utrzymanie tego systemu? Ile trzeba sił i środków – by wszystko przeczytać, zrozumieć, zastosować. Wielki kapitał. Choć i wielka patologia.
Jaki sposób na patologię tę? Prywatyzować. Już najwyższa pora by sprywatyzować polskie akty prawne.
Zacząć od Kodeksu pracy i dzieł wykonawczych. Rzucić na giełdę – w stan licytacji. Kto da więcej? Kto kupi możliwość ustalania liczby dni urlopu? Kto zapłaci za dowolne formuły dokonywania wypowiedzeń? Kto będzie rządził systemem nadgodzin?
Niech przybędą ze wszech stron świata inwestorzy. Niech kupią reguły, którym polskie świnki się podporządkują. Niech płacą żywym kredytem, świeżo zaciągniętym w polskojęzycznych bankach.
Niech nabędą prawo wydawania rozporządzeń. Zamiast bezproduktywnych i kosztożernych urzędników. Same zaś urzędy, ministerstwa i owe instytucje wszelakie, spędzające sen z oczu ekonomistom, spragnionym taniego państwa, będzie można wtedy ciąć. Chlastać przez łeb, bez litości. Zostawiając samego tylko ministra, jego pieczątkę, biurko i sekretarkę. Bo ktoś to przeca będzie musiał autoryzować…
I jak wyszło? Czy ładnie?


Komentarze
Pokaż komentarze (2)