Nie wiem czy data 6 lutego 2011 r. przejdzie do historii. Moim zdaniem powinna. Być może pora już teraz ogłosić światu, że Polska doprawdy przestała istnieć. Nie mam skłonności do dramatyzowania (w każdym razie – takiej nie pochwalam). Tym razem jednak, moja krew zalała mnie sama.
6 lutego lud konsumujący Piły i okolic wybrał dla Rzeczypospolitej senatora w osobie Henryka Stokłosy. Ten człowiek – rekin branży utylizacji padliny – znany jest z pozyskiwania wyborców rozdawnictwem doskonałej w smaku kiełbasy oraz kupowania sobie umorzeń podatkowych za łapówki płacone urzędnikom polskiego Ministerstwa Finansów. Henryk „oczko” – bo prokuratura stawia mu 21 zarzutów, po tym, jak ścigała go listem gończym po państwie swojsko nazywanym „Niemcy” – został narzucony nam wszystkim (jeśli istnieje jeszcze jakieś „my” na tym smutnym, brudnym, obsranym przez psy, terytorium)drogą demokratycznych wyborów, w których zyskał prawie 40% poparcia. Od ostatniej niedzieli ma prawo stanowić powszechnie obowiązujące ustawy i otrzymywać w zamian dietę w całości fundowaną z podatków.
Nie zadaję sobie pytania – co łączy mnie z miłośnikami darmowej kiełbasy z Piły i okolic. Najprawdopodobniej nic. Trudno tu zdobyć się na jakiekolwiek uczucia. Nawet na pogardę.
Polska znowu nie ma swojego państwa, bo Polacy znowu nie są społecznością świadomą odpowiedzialności za wspólne losy. Nie sposób wyobrazić sobie sytuacji, w których byli by w stanie przedsięwziąć coś ważnego razem. Razem mogą teraz co najwyżej się napić. I zakąsić stokłosowską kiełbasą. Ale to cecha charakterystyczna nie tyle dla narodu typu „we people”, jak mawiał L. Wałęsa, co dla grupy etnicznej. Grupy – raczej na wymarciu, zważywszy na skłonność Polaków do asymilacji ze społecznościami oferującymi lepiej opłacaną pracę.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)