190 obserwujących
230 notek
844k odsłony
  4406   0

Jedziemy do Berlina

Po raz pierwszy od początku lat 90. minionego wieku polska polityka zagraniczna znalazła się na rzeczywistym rozdrożu. Wcześniej sprawa była jasna dla wszystkich znaczących opcji politycznych i sprowadzała się do hasła: chcemy do NATO i UE. W dwadzieścia lat później jasno widać, że NATO rozumiane jako sojusz amerykańsko-europejski usycha w górach Afganistanu, a  UE w dotychczasowym kształcie wali się z dużym hukiem. Wali się też względny consensus, jaki istniał na polskiej scenie politycznej sposobie definiowania naszej racji stanu. Berlińskie przemówienie Radka Sikorskiego odegrało rolę katalizatora, pogłębiającego istniejący już podział polskich polityków na dwa obozy, które w uproszczeniu określę jako niemiecki i antyniemiecki. Nie ulega bowiem dla mnie wątpliwości, że po ostatnim szczycie Merkel-Sarkozy Francja musiała ostatecznie zrezygnować z roli równoprawnego uczestnika rządzącego duumwiratu i przyjęła rolę głównego pomocnika Berlina w tworzeniu nowej architektury naszego kontynentu.

            Rząd  Donalda Tuska ustami ministra spraw zagranicznych jednoznacznie zapisał Polskę do obozu niemieckiego. Obóz ten w polskiej polityce jest jednak znacznie szerszy niż PO i obejmuje całą polską lewicę (może z wyjątkiem PSL), a także umiarkowaną prawicę, co znakomicie ilustruje interesujący artykuł Pawła Kowała (http://pawel-kowal.salon24.pl/370917,w-odpowiedzi-sikorskiemu-z-prawej-strony ). Jego najistotniejsze zdanie brzmi: „Pierwszym celem integracji w optyce polskiej racji stanu nie może być osłabianie Niemiec”. Kowal stara się jednak udowodnić, że wybierając się do Berlina nie musimy od razu składać deklaracji kojarzącej się z historyczną frazą „Przy Tobie Najjaśniejszy Panie stoimy i stać chcemy”, ale możemy (i powinniśmy) walczyć tam o swoje interesy. W przyszłej unii fiskalnej, do której zmierzają Niemcy, kluczowa będzie przypuszczalnie kwestia ujednolicenia podatków. Gdyby do tego doszło, byłby to najsilniejszy cios wymierzony polskiej gospodarce od czasów pustoszenia jej przez gen. Jaruzelskiego.

            Na drugim biegunie lokuje się PiS, stając się główną siłą obozu antyniemieckiego w Polsce. Ta opcja jest znacznie słabsza nie tylko dlatego, że PiS jest dziś pozbawiony władzy i perspektywy rychłego do niej powrotu. Jej słabość polega przede wszystkim na tym, że zdaje się przechodzić do porządku dziennego nad faktem niezwykle silnego uzależnienia polskiej gospodarki od niemieckiego sąsiada. O ile bowiem na poziomie gry dyplomatycznej, stosunkowo łatwo byłoby Polsce znaleźć sojusznika do antyniemieckiej ofensywy w Wielkiej Brytanii, to nie ma najmniejszych szans by Londyn stał się dla nas głównym partnerem gospodarczym. Jedyną geopolityczną alternatywą dla opcji niemieckiej pozostaje zatem tradycyjnie opcja rosyjska, ale nie sądzę by Jarosław Kaczyński był nią w jakimkolwiek stopniu zainteresowany. Wygląda zatem na to, że PiS zamierza powrócić do myśli Józefa Piłsudskiego i pod hasłem obrony niepodległości lansować politykę „równej odległości” zarówno od Berlina, jak i Moskwy. Zapewne dlatego planowany na 13 grudnia marsz ma się zakończyć przemówieniem prezesa pod pomnikiem marszałka. Jednak aby zacząć realnie realizować taki właśnie kierunek polityki zagranicznej, PiS musiałoby powrócić do władzy. Póki co jedziemy do Berlina.
Lubię to! Skomentuj116 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale