Piętnastominutowa owacja publiczności była wyraźną oznaką tego, że pomysł „chwycił”, ku utrapieniu tych, którzy zapewne woleliby przy tego typu utworach większą powściągliwość. Dla mnie była to niezwykła uczta, której mogłem pokosztować dzięki zaproszeniu wystosowanemu przez Elżbietę Penderecką, za co zresztą serdecznie jej podziękowałem. To ona przygotowała cały Festiwal Beethovenowski, który w tym roku stał się okazją do świętowania jubileuszu Krzysztofa Pendereckiego, którego forma nie tylko artystyczna, ale i fizyczna, wciąż zadziwia, wszak prowadzenie w wieku 75 lat wielkiej orkiestry i chórów, w trudnym przecież repertuarze, nie należy do spraw błahych.
Po koncercie miał miejsce uroczysty bankiet, gdzie każdy zainteresowany mógł złożyć stosowne życzenia, wręczyć prezent, czy po prostu porozmawiać z mistrzem. Mi udało się Krzysztofa Pendereckiego spotkać wcześniej w hotelu, kiedy wracał z próby w Teatrze Wielkim. Dostał wielki bukiet kwiatów i przedstawiającą go porcelanową statuetkę z batutą w ręku. Uśmiechnął się na jej widok. I choć Warszawa witała gości mocno nieciekawą pogodą, to pierwszy raz od dłuższego czasu miałem wrażenie, że wyjazd do stolicy warty był grzechu.


Komentarze
Pokaż komentarze