No i stało się. Wreszcie oficjalnie rozstałem się z krakowskim kwartalnikiem "PRESSJE". Redakcyjna starszyzna, a także nowy zarząd wydawcy chyba odetchnął z ulgą. Już nikt nie będzie się rumienił, kiedy padnie pytanie o stosunek redakcji pisma do moich kontrowresyjnych poglądów wyrażanych tu i ówdzie. Zwłaszcza zaś na salonie24. Zwłaszcza na temat Kościoła. Zatem Panie i Panowie, proszę odtąd nie obciążać redakcji "PRESSJI" oraz wydawcy, czyli "Klubu Jagiellońskiego" odpowiedzialnością za moje publicystyczne wytwory.
Miałem zamiar - i poniekąd udało się - tworzyć dział religijny krakowskiego pisma. Nie jest to dorobek powalający. Ale z tego, co stworzyłem jestem nieskromnie dumny, a przynajmniej nie mam powodów do wstydu. Numer o "Nowej rewolucji seksualnej" był wspaniałą przygodą intelektualną i kolejnym kamieniem milowym w przyjaźni z piszącym też na salonie24 Jakubem Lubelskim. To wielka przyjemność i zaszczyt współpracować i współmyśleć z taką osobą.
Rozpoczynam nowy etap publicystyczny i dziennikarski. Nadszedł czas ćwiczenia w cnocie posłuszeństwa i lojalności, uważniejszego ważenia każdego słowa, szczególnie w tematach kontrowersyjnych. Z drugiej strony nie sposób przestać cenić wartości niezależności myślenia, ryzyka sądów przesadzonych, wyostrzonych polemicznie. Co nie oznacza wyzbycia się odpowiedzialności za każde napisane słowa. Nawet za te o "abp. Wielgusie, który zdradził Chrystusa".
Posłuszeństwo oraz niezależność, odwaga głoszenia sądów wyrazistych i kontrowersyjnych oraz umiejętność ujarzmiania niewyparzonego języka. To nieusuwalne napięcia człowieka piszącego, któremu pewne sprawy nie są obojętne.
Reszta jest milczeniem.
Wpis dedykuję K.M.



Komentarze
Pokaż komentarze (7)