0 obserwujących
31 notek
17k odsłon
49 odsłon

Odmówić czy uznać prawo blogera do udziału w debacie publicznej?

Wykop Skomentuj1

Tydzień temu Dziennik ujawnił tożsamość anonimowej blogerki Kataryny a mimo to temat nie schodzi z czołówek internetowych serwisów, głównie za sprawą samego Dziennika, który opublikował już chyba 50 artykułów na ten temat. Niezgrabną manipulacją zmienił jednak linię argumentów. Rozpoczął od ataku na prawo do anonimowości Kataryny, blogerki o określonym pseudonimie, publikującej na określonym blogu, ostro, krytycznie ale bez bluzgów i chamstwa, dzisiaj produkujące seryjnie artykuły o jakości dyskusji w internecie. Nawet rozpoczął akcję (społeczną?) Stop chamstwu w sieci!

Ale nie o Dzienniku mam zamiar pisać, postawa jego dziennikarzy i obrona ich 'do krwi ostatniej' kolejno przez Naczelnego i Wicenaczelną Dziennika jest na tyle żenująca, że wystarczy samo odesłanie do oryginału. Łatwo byłoby zabłysnąć elokwencją komentując poziom takiego dziennikarstwa, ale sprawa jest znacznie szersza i dotyczy ważnego dla wszystkich tematu jak realizować cele społeczeństwa informacyjnego, takie jak możliwość docierania do informacji,  komunikowania się wielu różnorodnych grup czy prowadzenia debat, a nawet chronienia obywateli przed możliwymi niebezpieczeństwami. Dla dziennikarstwa obywatelskiego to kluczowy temat.

Dziennik postanowił wykluczyć z debaty publicznej osoby, które nie przedstawiają się z imienia i nazwiska, posądzając je o tchórzostwo (insynuacje), zarzucając nierzetelność (bez podawania przykładów), dowodząc, że ukrywanie tożsamości ma na celu uniknięcie odpowiedzialności prawnej z powództwa cywilnego (insynuacje i brak przykładów). Większość argumentów, które padają można przyrównać do sytuacji zaskoczonego dziecka, które przysnęło i obudziło się z ręką w nocniku.

Czas na przebudzenie mediów.

Od dziesiątków lat dziennikarstwo cieszyło się bardziej domniemanym niż faktycznym szacunkiem. Przecież jeszcze  zupełnie niedawno można było przeczytać wypisywane na murach hasło "telewizja kłamie". Dopóki jednak przekazywanie informacji przebiegało jednokierunkowo, można było dojść do przekonania, że występujący w telewizji, radio czy publikujący w prasie dziennikarze znają się na swoim fachu służą społeczeństwu swoją wiedzą i zaangażowaniem. Rozczarowany odbiorca mógł sobie najwyżej rzucić kilka przekleństw w czterech ścianach lub wysłać uprzejmy list do redakcji, który i tak nie miał szans na publikację w rubryce 'Listy od czytelników'. Internet boleśnie odmienił ten błogi stan.

Dziennikarz pisze artykuł, popełnia w nim kilka rzeczowych błędów i one natychmiast po publikacji podlegają surowej ocenie czytelników. Przyjmijmy, że krytyka pada w nieparlamentarnej formie, czy to lepiej czy gorzej od sytuacji, która panowała przed erą internetu? Odpowiedź jest prosta, to zależy dla kogo.  Niestety dla dziennikarzy, ich krzywda nie jest dla czytelników priorytetem, może to brutalne, ale cenniejsza jest rzetelna informacja niż dobre samopoczucie dziennikarza, który niezbyt dobrze odrobił swoją lekcję.
Czytelnicy także mają powody do rozczarowania. Mimo szumnych haseł o służeniu społeczeństwu, o doniosłej roli dziennikarstwa ten zawód nie spełnia pokładanych w nim oczekiwań. Wynik finansowy medialnych korporacji, które są właścicielami stacji telewizyjnych, koncernów prasowych stawia pod znakiem zapytania interes odbiorców. O ile przed wielu laty czytelnik, czy widz, był dobrem o które zabiegały media, obecnie z podmiotu stał się przedmiotem w ich rękach. Media zabiegają o reklamodawcę, który przynosi im sowite zyski, i aby osiągnąć wytyczane przez niego cele częstokroć kładą na szali swoich czytelników, tych samych którzy niegdyś zbudowali ich markę.

blogosferaWyhodowaliście na swojej piersi potwora

Poziom dziennikarstwa nie tylko w Polsce, ale na całym świecie spada. Postępująca tabloidyzacja, czyli odstępowanie od opiniotwórczej roli na rzecz schlebiania masowemu odbiorcy może i jest uzasadniona finansowo, nakład, odsłony, przychody z reklam. Jednak to właśnie lansowanie (bez obrazy) pupy Paris Hilton, epatowanie sensacyjnymi nagłówkami kosztem niewzbudzających emocji społecznie ważnych tematów, zrodził w internecie alternatywę w postaci serwisów blogerskich, które wypełniły pustkę pozostawioną przez zapatrzone w zysk koncerny medialne.

Dzisiaj winą blogerki jest fakt, że w pojedynkę zaczęła kreować opinię swoich czytelników. Czy była aż tak skuteczna, że zawodowi dziennikarze poczuli się zagrożeni? Może sądzili, że to poletko należy się tylko im, i tylko w takiej formie jaką sami wybrali. Czy nieuzasadnione są takie wnioski w kontekście pogardliwej wypowiedzi kolegi Michalskiego, który najwyraźniej nie uważa mnie za kolegę po fachu, bo pisze m.in. o mnie (ukrywającym się pod pseudonimem Asen): "Tłukąc w klawisze na poddaszu czy w biurze i przeżywając swoją wolę mocy, dopóki nie usłyszą krzyku szefa albo wołania żony czy mamy przypominających o obowiązku wyniesienia śmieci albo wyprowadzenia pieska".
To zderzenie starych i nowych mediów. Odmówić czy uznać prawo blogera do udziału w debacie publicznej? Pokazać w polemice jak bardzo się myli i błądzi, wykazać nierzetelność, a może uderzyć w człowieka, zapytać kim jest, co dokonał, pogrzebać w życiorysie i wyciągnąć dziadka z Wehrmachtu? Czy stare media nie stać na więcej?

Wykop Skomentuj1
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale