W języku dziennikarzy (generalnie tych, którzy próbują dowartościować własne ego) coraz częściej słychać angielskie słowa i wyrażenia w zdaniach, które mogłyby się wydawać z pozoru polskimi. Im jest ich więcej tym bardziej negatywny mam do nich stosunek. nie wiem, czy niektórzy poligloci nie wiedzą, że nie każdy Polak musi znać język angielski, aby poprawnie zinterpretować chociażby jakieś wydarzenie sportowe.
Przykładem jest chociaż dzisiejsza analiza meczu z Azerbejdżanem w jego przerwie. Największy światowiec polskiego dziennikarstwa Włodzimierz Szaranowicz: "Jacku, ty mówiłeś, że ball possesion to była mocna strona polskiej drużyny"... Współczuję ludziom, którzy muszą się albo domyślać o co chodzi panu Włodkowi, albo pytać domowników. Wszechkomantator nie umie powiedzieć, że timing to po prostu wyczucie progu skoczni. Wszystko, co łatwiej powiedzieć (?) w języku angielskim mówi dodając sobie wśród niektórych światowego obycia.
Podobnie jest przecież w innych mediach, bo w "Tańcu z gwiazdami" jedna tancerka stwierdziła, że nie przypuszczała, że będzie musiała supportować swojego partnera. Naprawdę chętniej usłyszałbym o zielonym pokoju, niż o green roomie.
Na sklepowych ulicach robi się ostatnio coraz bardziej "europejsko". Chciałbym tylko, abyśmy mieli swoją jedyną, niepowtarzalną europejskość, a nie musieli chodzić do polskich sklepów z angielskimi nazwami. Wiem, że w ten sposób dużo łatwiej wejść na rynek zagraniczny, ale rozpatruję ten fakt bardziej w aspekcie kulturowym, niż biznesowym.
Na pewno nie jestem w tej mierze jakimś fanatykiem, czy ortodoksyjnym strażnikiem czystości języka, ale chciałbym, aby z polskich ulic nie znikała polskość. Chciałbym, aby tworzyć neologizmy w naszym języku, a nie używać makaronizmów z angielskiego.
W końcu: "...Polacy nie gęsi, iż swój język mają”.
A na deser radosna twórczość Dariusza Sz. zwanego Szpakowskim:
"Futbol nauczył mnie tego, że mecz składa się z dwóch połów"


Komentarze
Pokaż komentarze (20)