Jeśli Rosja będzie chciała testować spoistość NATO i determinację do wypełniania misji nad państwami bałtyckimi, to jednym z elementów propagandowych tej operacji może być obniżenie prestiżu polskich sił powietrznych. Katastrofa pod Smoleńskiem dobrze się do tego nadaje. Zwróćmy uwagę, że emerytalne powody dymisji wojskowych są nagłaśniane głównie w 36. lotniczym pułku specjalnym, jakby nie dotyczyły całej armii. Minister Klich powinien bronić prestiżu polskich sił powietrznych, tymczasem tego nie robi – z dr. Przemysławem Żurawskim vel Grajewskim, badaczem problematyki bezpieczeństwa z Uniwersytetu Łódzkiego, rozmawia Rafał Kotomski
Kto jest gorszym ministrem obrony, dzisiejszy Bogdan Klich czy dawny Bronisław Komorowski?
Myślę, że Klich w tej chwili. Nie dlatego, by Komorowski był jakoś szczególnie od niego lepszy. Ale wtedy nie było tego typu wyzwań, jak dzisiaj. Sytuacja geopolityczna Polski była dość stabilna. Problem jej właściwego rozpoznania i reakcji na zmiany nie był zatem wyzwaniem, przed którym jako minister stał obecny marszałek Sejmu.
Eksperci, których pensje nie zależą dzisiaj od polityków PO, mówią jednak, że Komorowski był bardzo złym szefem resortu.
Pewnie tak, tyle że w lepszych czasach. Zresztą w przypadku marszałka Komorowskiego to dopiero występy w kampanii uświadamiają polskim wyborcom „klasę” tego polityka.
I wielki potencjał intelektualny.
Kłania się stare, klasyczne przysłowie „o, gdybyś milczał, do dziś uchodziłbyś za mędrca”.
A wracając do ministra Klicha. Jakie największe błędy pan dostrzega?
Przede wszystkim w ubiegłym roku kilka razy MON zmieniał plany dotyczące wielkości armii. Właściwie bez podania przyczyn i bez istotnych zmian okoliczności zewnętrznych. To świadczy o zupełnym braku rzetelnego planowania, a poza tym na pewno któraś z tych prognoz była błędna.
Można nazwać Klicha grabarzem polskiej armii?
Podszedłbym do tego inaczej. Okres między puczem Janajewa w Rosji w 1991 r. a wojną gruzińską w 2008 r. był czasem, w którym należało zmieniać polską armię w kierunku instrumentu budującego pozycję międzynarodową. Chodzi o udział w misjach interwencyjnych u boku sojuszników. Były nim Stany Zjednoczone, które popierały rozszerzenie struktur zachodnich na Ukrainę i Gruzję – a nie Francja czy Niemcy, które się temu rozszerzeniu sprzeciwiały, a te ostatnie dodatkowo razem z Rosją budowały Gazociąg Północny. Po sierpniu 2008 r. najważniejszym zadaniem Wojska Polskiego jest podniesienie zdolności czysto obronnych, a nie ekspedycyjnych. Czyli obrona naszego terytorium, a nie misje. Brak reakcji na tę właśnie zmianę sytuacji międzynarodowej uważam za największy błąd Klicha. Choć skala wyzwań, przed którymi stanął, jest większa niż za poprzedników.
A finansowanie armii?
W roku wojny gruzińskiej minister Klich gładko przełknął redukcję budżetu wojskowego o 5 mld zł. Myślę, że Polska jako jedyny kraj tej części Europy dokonała tak głębokiej redukcji nakładów na wojsko. Jednocześnie zniesiony został pobór. Wszystko to jest wynikiem jakichś nieznanych kalkulacji. Poza tym są to posunięcia chwytliwe politycznie, bo większość Polaków uznaje powszechny obowiązek wojskowy za niepotrzebny.
Biorąc pod uwagę nasze położenie geopolityczne, czy możemy sobie pozwolić na zniesienie tego obowiązku?
Po wybuchu wojny gruzińskiej nie powinniśmy sobie na to pozwolić. Odpowiedzi na pytanie, „czy i jaka armia jest Polsce potrzebna”, nie można udzielić raz na zawsze. Zawodowa armia ochotnicza jest najlepszym instrumentem budowy międzynarodowego prestiżu państwa i jego pozycji w relacjach dwustronnych z USA oraz w NATO, UE. Jest użyteczna do misji ekspedycyjnych w Afganistanie czy Iraku. Ale ta armia nie nadaje się do obrony kraju ze względu na brak rezerw ludzkich i niemożność obronnego pokrycia terytorium państwa.
Czyli dzisiaj mamy armię prestiżową, a nie obronną.
Mamy nieukończoną budowę armii ekspedycyjnej do międzysojuszniczych misji zagranicznych. Tymczasem odpowiedź na pytanie „jaka armia”, zależy od sytuacji międzynarodowej i stosownie do tego trzeba planować inwestycje i kształt sił zbrojnych. Dzisiaj dynamizm zmian sytuacji międzynarodowej jest dla bezpieczeństwa Rzeczypospolitej niekorzystny. Nie wiemy, co się będzie działo w ciągu najbliższych kilkunastu lat. Armia powinna zaś być narzędziem wojny i to nie wojny teoretycznej. Polska nie ma potrzeby przygotowywania się do odparcia inwazji amerykańskiej. Jedynym przeciwnikiem wyobrażalnym, przed którym możemy stanąć, jest Rosja. Przecież armia fińska np. nie ćwiczy na ewentualność agresji szwedzkiej, tylko przeciwko Rosji. Tak samo zresztą robią Szwedzi. A przy tym ani armia fińska, ani szwedzka czy izraelska – wszystkie pochodzące z poboru – nie uchodzą za nieudaczne.
W naszym przypadku pobór trochę za to pachnie komuną.
Zgadzam się z tezą, że sposób szkolenia powszechnego obywateli był zły, ale to nie znaczy, że nie da się stworzyć dobrego. Według regulaminu walki Wojska Polskiego batalion zmechanizowany przyjmuje odpowiedzialność ogniową za 63 km kw. obszaru. Z prostej matematyki wynika, że armia zawodowa nawet 150-tysięczna z rezerwami 20–30 tys. w żadnym wypadku nie wystarczy. Musimy sobie uzmysłowić, że z taką armią Polski nie da się obronić. Trzeba będzie wybierać, czy bronimy Białegostoku, czy Suwałk.
Jak to wygląda w Europie?
Od 1997 r. postępuje odchodzenie od armii poborowych na rzecz zawodowych. Nie wynika to jednak ze skoku technologicznego uzbrojenia, lecz z zaniku zagrożenia. Nie ma zagrożenia sowieckiego, a pojawiły się wyzwania ekspedycyjne, w których nie da się użyć żołnierzy poborowych. Na armie ekspedycyjne mogą sobie jednak pozwolić tylko kraje bezpieczne.
Polska jest pana zdaniem bezpiecznym krajem?
Jeszcze tak, ale myślę, że ten okres się kończy. Bo można już sobie wyobrazić scenariusz uwiądu NATO. W sensie politycznym wycofanie się USA z Europy Środkowej jest już faktem. Miejmy nadzieję, że kolejna administracja amerykańska to odwróci. Jeśli jednak dojdzie do związania rąk USA konfliktami w Iranie czy na Tajwanie? Każda sytuacja podważająca wiarygodność gwarancji amerykańskich dla Europy Środkowej to wybicie głównego filaru bezpieczeństwa Polski. Bo w odróżnieniu od II RP – III RP opiera swoje bezpieczeństwo na gwarancjach zewnętrznych, a nie na polskiej armii. Scenariusz wojny koalicyjnej w obronie Polski jest absolutnie niemożliwy, bo nikt jej nie rozpęta. Jedynym możliwym scenariuszem – i do niego nasze wojsko powinno się przygotowywać – jest wojna samotna. To najczarniejszy scenariusz, ale powinniśmy zawsze brać go pod uwagę.
Amerykańskie rakiety Patriot to dobra gwarancja?
Militarnie bez znaczenia. Mogłaby służyć do obrony budynków Sejmu.
Tymczasem minister Klich wygłosił na ich przyjęcie całkiem płomienne przemówienie.
Bo chce pokryć porażkę obecnego rządu, jaką jest nieuzyskanie tarczy antyrakietowej. Wyjaśnijmy przy tym, że tarcza nie miała służyć obronie Polski w sensie wojskowym. Chodzi o to, że ważne amerykańskie instalacje wojskowe znalazłyby się na terytorium Polski. To działa tak, jak kiedyś kontyngent amerykański w Berlinie Zachodnim. Otwarcie ognia do Amerykanów to wojna z USA. Oczywiście rakiety Patriot w momencie, gdy znajdują się na terenie naszego kraju, są jakimś plusem w naszym bezpieczeństwie. Stąd zresztą protesty Rosji. Bo przecież potencjałowi rosyjskiemu nie zagraża bateria Patriotów. Ale obecność amerykańskich żołnierzy wytwarza określoną sytuację polityczną. To wszystko jednak ma się nijak do planów tarczy antyrakietowej, które zostały zawieszone do 2018 r., czyli do końca ewentualnej drugiej kadencji Obamy.
Jak katastrofa smoleńska wpłynie na nasze bezpieczeństwo?
Państwo polskie nie podjęło wysiłków na rzecz przejęcia śledztwa. W dodatku p.o. prezydenta, premier i rzecznik rządu deklarowali, że nie uczynią niczego, co byłoby „źle przyjęte”. Jak rozumiem, źle przyjęte w Moskwie. To sygnał wysłany do Wilna, Rygi, Kijowa, Tbilisi. Jeśli nie uczyniliśmy niczego w sprawie śmierci naszego prezydenta i wielu czołowych polityków, to nie oczekujcie, że uczynimy cokolwiek w waszej sprawie, jeśli to będzie „źle przyjęte” w Moskwie. Zapomnijcie o Polsce jako sojuszniku popierającym wasze dążenia i poczynania polityczne. Jako sojusznik już nie istniejemy. Moim zdaniem to najważniejsze przesłanie wynikające z tej katastrofy w sensie strategiczno-politycznym.
A znaczenie 10 kwietnia dla polskiej armii?
W ramach lotniczych misji natowskich nad państwami bałtyckimi polskie eskadry sprawdziły się i okazały się skuteczne. Byliśmy tam w 2006 r. po Niemcach, za których służby Rosjanie często naruszali przestrzeń powietrzną państw bałtyckich. W czasie turnusu polskiego żadnych naruszeń nie było. Zadziałał prestiż wojska i lotnictwa polskiego, który należy utrzymać. Po 10 kwietnia rosyjska krytyka polskich lotników jako nieodpowiedzialnych i źle wyszkolonych może spełniać dwie funkcje. To jedyny do zaakceptowania wariant tłumaczenia przyczyn katastrofy. Przecież zamach, błąd obsługi lotniska czy awaria samolotu obciążałyby Rosję. A jednocześnie rozpropagowanie tezy, że piloci w Wojsku Polskim są źle wyszkoleni, jest bardzo przydatne propagandowo na przyszłość. Jeśli Rosja będzie chciała testować spoistość NATO i determinację do wypełniania misji nad państwami bałtyckimi, to jednym z elementów propagandowych tej operacji może być obniżenie prestiżu polskich sił powietrznych. Katastrofa pod Smoleńskiem dobrze się do tego nadaje. Zwróćmy uwagę, że emerytalne powody dymisji wojskowych są nagłaśniane głównie w 36. lotniczym pułku specjalnym, jakby nie dotyczyły całej armii. Minister Klich powinien bronić prestiżu polskich sił powietrznych, tymczasem tego nie robi.


Komentarze
Pokaż komentarze (12)