Contra
Pragnąłem, aby makabryczny żyrandol makabrycznego Tuska nie sięgnął 40 proc. poparcia. Już widać (piszę to w nocy na gorąco), że to się nie ziści, ale i tak wynik uzyskany przez J. Kaczyńskiego uważam realistycznie za dobry. Zaklinanie rzeczywistości prowadzone do końca przez organa i „autorytety”, godne watahy PO, nie pomogło. Teraz trzeba zmobilizować się jeszcze bardziej. Oczywiście, że chodzi o Polskę. Ale także o osobiste danie świadectwa, że pojęcie honoru na tej ziemi nie zanikło. A w razie czego nie ulegać zniechęceniu, lecz przeciwnie. To było, będzie (cd.) pierwsze podejście w cyklu wyborczym, który doprawdy nie jest zwykły. Liczy się każdy procent w każdym głosowaniu. Zgoda na monopol partii uważającej się za państwową, łapczywej na każdy element władzy, bezczelnej zrujnuje m.in. samodzielność Polski. Bo wszystko, co napisałem i napiszę o owej PO, jest całkowicie trafne, ani o jotę nieprzesadzone. Tak postrzegam Unię Obywatelską (właściwa nazwa) i jej liderów. Są destrukcyjni. Równie okropnej partii nie widziałem jeszcze w tym, co nazywają III RP. Bo do szkód merytorycznych dochodzi buta i arogancja bez granic oraz hipokryzja i obłuda, które doprawdy trudno znieść. Obowiązkiem wręcz państwotwórczym jest jak największe jej osłabienie. Przykro, że tak wielu rodaków przynajmniej oblepiającej nas obłudy nie dostrzega. Nie tu miejsce, by roztrząsać czemu. Trudno. W świecie dzisiejszym w ogóle, politycznie i społecznie, nie jest zbyt dobrze. Toteż spraw międzynarodowych w jakiejkolwiek ogólnokrajowej kampanii ignorować nie można. Zmartwił mnie wynik Napieralskiego. Reprezentuje bowiem tylko powierzchownie polukrowaną neokomunistyczną formację. Ale ogólnie, nie był to dzień zły. Na początek.
Odcinki
Nie całkiem
20 czerwca na pewno nie był wielkim triumfem Platformy, Komorowskiego z kumplem Palikotem i szefem Tuskiem. Czyli zmierzchem dla Polski.
Ostrzą kły
Graf von Komoruski jeszcze nie przywitał się z gąską. Ale pamiętajmy: to jest wilk mający poparcie wilczej sfory. I opokę, czyli cara wilków – nazywanego Tuskiem. Jeszcze pokażą, co potrafią.
Brać wzór!
„Obama popularny w Europie” – czytam. To świetna wiadomość dla jego oponentów w Stanach, Amerykanie reagują bowiem alergicznie na takie „poparcie” z zewnątrz. Ach, żeby tak większość Polaków... Może się jeszcze tego nauczy.
Samo w sobie
„WybGazeta” musi się wstrzymać z triumfalnymi nagłówkami. Traktuję ten organ jako symbol. I nie jako gazetę, lecz ośrodek polityczny starający się kształtować polską scenę. A więc to, że będzie się jeszcze musiała natrudzić z podawaniem zajawek w rodzaju: „J. Kaczyński: »Ludzie muszą się bać«” jest samo w sobie powodem do dużej satysfakcji.
Różni Polacy?
Czy to nie znamienne? W Ameryce: J. Kaczyński – 70 proc., Komorowski – 25 proc., Napieralski – 2,5 proc. W Moskwie: Komorowski 66 proc., Kaczyński 14 proc., Napieralski proc. 10. Niezależnie od lipcowego wyniku radzę ob. Komorowskiemu, by unikał Chicago.
„Ścisłe związki”
Inna, też typowa ciekawostka: BBC trzymające zdecydowanie za Platformą, z uznaniem podało, że ob. K. pragnie ściślejszych, bliskich związków („close ties”) Polski z Moskwą i Berlinem. Natomiast niemiecka telewizja państwowa nazwała Komorowskiego wielkim przyjacielem Niemiec. Kaczyński za to – stwierdziła z przyganą – jest „wielce katolicki”. Ciekawe zestawienie, prawda? Chcę jeszcze dodać, że to o BBC i ARD to naprawdę z mej strony „ciekawostka”. Tekstów nt. „co mówią za granicą” będzie teraz zatrzęsienie. A ja naprawdę to, co pisze „LeMonde” czy inny „Der Spiegel”, mam w nosie.
Nie zapomnieć!
Jest coraz więcej i więcej wątpliwości nt. działań rosyjskich w trakcie i po katastrofie smoleńskiej. A także wobec postępowania komisji i prokuratur putinowskich w wyjaśnianiu jej przyczyn. Jest to irytujące – dla Moskwy i organu Agory. Podobnie jak fakt, że niektórzy zamiast po przyjęciu wersji wspomnianych ośrodków politycznych (cienia winy rosyjskiej, pełna współpraca z Polską np. w formie nieodpowiadania na apele o udostępnienie wielu materiałów) nie chcą zacząć powoli o sprawie zapominać. Jak my, wydając nie tylko zaraz po tragedii, ale także właśnie teraz (1 lipca) numer specjalny „GP”.
Ale...
Dwa tygodnie między turami będzie nie zawsze strawne, zwłaszcza dla mnie. Ubieganie się o głosy tych, którzy poparli Napieralskiego, będzie widowiskiem przykrym (mówiąc delikatnie), choć zapewne zakulisowym. Ale trzeba zacisnąć zęby i powiedzieć sobie: trudno. Tusk–Komorowski i ich kompani są autentycznym zagrożeniem dla Polski.
Champion
O naszym Ukochanym Przywódcy, Kimie Tusku, Donaldusie I, mistrzu „wciskania kitu” będę miał jeszcze okazję, niestety, nieraz pisać. Nie zmarnuję jej. „Jak widzę polityka, który chce wygrać kampanię smoleńską, to dostaję mdłości” – mówi Wódz. Zrozumiałe. Wraz ze swoim podwładnym K. wykorzystał już Smoleńsk do cna. A nadmiar powoduje mdłości. „Nie można udawać, że J. Kaczyński będzie prezydentem wszystkich Polaków” – zauważa. W przypadku Komorowskiego jak najbardziej można. Kto jest przy przynależnej mu władzy absolutnej, może wszystko. Choć o „sprzyjających nam sądach” Wajda zapomniał napomknąć.
Jeszcze żeby...
Wczesna działalność ministerialna Komorowskiego, zadzierzgnięte już wtedy przez niego związki z WSI – to doprawdy coś porażającego. Jeszcze żeby większość Polaków to bulwersowało czy przynajmniej interesowało...
Na odwrót
W polityce „niezgoda buduje”. Ścieranie się poglądów, spór, prezentacja swoich racji społeczeństwu. A tłumienie naturalnych różnic niesie ze sobą autokratyczny monopol. Powinna oczywiście istnieć wspólna dla wszystkich „racja stanu”, ale akurat w dzisiejszej Polsce podzielność władz, system cheques and balances, wydaje się być niezbędna.
Okulary Komorowskiego
Powyższe, niezwykle trafne spostrzeżenie zawarte było w felietonie Marka Króla, za który redakcja „Super Expressu” już się kajała. Artykuł „Wojciech Komorowski” zestawiał pouczenia wybitnych ojców myśli politycznej RPRL – Jaruzelskiego (W.) i Komorowskiego (B.). O konieczności likwidacji „linii podziałów”, „potrzebie jedności”. Dewizę PZPR, nieco przetransformowaną przez UW, podejmuje dzielnie PO. Opozycja to destrukcja. Miłość do Tuska to obowiązek. Obywatelski. Wybory swoją drogą, ale podzielam nadzieję autora, że J. Kaczyński zbytnio się nie zmienił. I opinię, że okulary Komorowskiego coraz bardziej ciemnieją. PS. Gdy ktoś pisze/mówi mądrze, trafnie, żadne „okoliczności towarzyszące”, a nawet jego przeszłość nie mają znaczenia.
„Bliska zagranica”
Komorowskiego: „jest przygotowywana strategia wyjścia z NATO” było klasycznym freudowskim przejęzyczeniem. Mimowolnym ujawnieniem preferowanych chęci. Tak w pełni i jutro to raczej nierealne, ale że ob. marszałkowi bliżej do Moskwy niż do Waszyngtonu, to oczywiste. Obecna Polska coraz bardziej oddala się od idei specjalnych relacji z USA jako strategii stałej. Rzuca się to wręcz w oczy. Tusk i Komorowski mają bliższych przyjaciół. PS. Owej stałości nie powinien zmienić fakt, że dla jakichś głupich START-ów, Obama sprzedał właśnie sens istnienia tarczy antyrakietowej. Sekretarz obrony Gates niby temu zaprzecza, a jednocześnie potwierdza to, o czym niżej. Oto Ławrow ogłosił, że chodzi o projekt „z udziałem Rosji”. Pamiętajmy jednak, że Obama nie będzie rządzić wiecznie.
Wychowawcy
Europejskie Trybunały swoimi orzeczeniami coraz bardziej ingerują w nasze życie społeczne, w naszą wolność. Ze szczególnym zapałem chcą usunąć całkowicie religię (oczywiście nie islamską) z europejskiego życia społecznego. A to dopiero początek. Dyktatu. Cenię bardzo Bronisława Wildsteina, bo jest bodaj jedynym, który o tym pisze. A chodzi o kwestie długofalowo istotniejsze niż dopłaty bezpośrednie, liczba głosów w Brukseli, a nawet takie czy inne formy „integracji” (stwierdzając to, bynajmniej nie sugeruję, byśmy nie dbali tam o nasze interesy). Bo UE, tak czy owak, czeka los ZSRR i Jugosławii. I powrót do neo-EWG. PS. Ową walkę z religią niesłychanie entuzjazmuje się ul. Czerska. To, że ten organ nie określa się wyraźnie jako gazeta ateistyczno-homoseksualistyczna, jest przejawem jej legendarnej już hipokryzji.
Piękny świat
Nie chcę, by było tu tylko o wyborach i materii pokrewnej. Więc inauguruję mały cykl nt. postępu, tak cenionego w otaczającym nas świecie.
Postęp (1)
W „WybGazecie” Ogórek gromi „wsteczny konserwatyzm”. Co jest jego przeciwieństwem, czyli postępem? Ot, np. gdy szkocki deputowany odchodzi w niesławie ze stanowiska, bo powiedział, że widział na plaży „wyjątkowo atrakcyjną dziewczynę”. Przed ustąpieniem przeprosił „ofiarę” za „obrazę”. Gdy na wyspie Devon w tym samym kraju zabrania się używania określenia „szczur”, bo to uraża szczura godność (ma się mówić: „długoogoniaste zwierzątko”). Kiedy „WybGazeta” stwierdza, iż określenie „Murzyn” jest obraźliwe i należy zastąpić je terminem „Afropolak” (a ludzie z Jamajki? A Azjatopolacy?). Gdy aktywiści Greenpeace protestują przeciw umacnianiu wałów przeciwpowodziowych, bo „przyroda wymaga ofiar” (ludzkich). Kiedy w „konserwatywnej” (!) „Rzeczpospolitej”, przy zastosowaniu współczesnego rozumienia terminu „tolerancja” mówi się z uznaniem o małżeństwach homoseksualistów. Pewien mądry człowiek skonstatował, że żyjemy w epoce triumfu lewicowego kołtuństwa. Ogórek jest czołowym kołtunem, a „WybGazeta” kołtuństwu lideruje. Kołtuństwu przezwanemu „postępowym” (postępujący paraliż mózgu). Zacząłem od niby-błahostek, ale o „postępie” będę pisał, ile się da. Bo to aktualność nad aktualnościami.
Postęp (2)
Film „biograficzny” (2008) „Baader-Meinhof” pokazywany w Canal +. Fragment prezentacji: „Republika Federalna Niemiec, druga połowa lat 60. Wśród młodego pokolenia narasta niezadowolenie. Radykalni działacze lewicowi protestują przeciw polityce rządu [ze względu na to, że zapewnił wszystkim łącznie z „klasą robotniczą” dobrobyt największy w historii] i amerykańskiemu imperializmowi...”. Powstaje Frakcja Czerwonej Armii. „Jej członkowie to młodzi, zbuntowani ludzie o lewicowych poglądach. Celem ich działalności jest stworzenie nowego modelu społeczeństwa”. To język całkowicie peerelowski, łącznie z „amerykańskim imperializmem” traktowanym jako oczywistość. Nowe pokolenia trzeba kształcić, tak jak wtedy kształcono. Zwracam uwagę na ów cel – „stworzenie nowego modelu społeczeństwa”. Jakby znajomy. Można do niego dążyć na różne, także nieco delikatniejsze sposoby. To się nazywa – postęp.
Postęp (3)
„Intrygująca wystawa w Warszawie” (genialny dodatek kulturalny „Dziennika”). O ideałach rewolucyjnych haseł 1968 r. „Fascynacji paryskiej młodzieży postacią Mao”. „Wizerunki dawnych przywódców utraciły [ale chyba nie całkowicie] wartość symboliczną”. Ale są powielane w nieskończoność, podobnie jak hasło „La revolution...”. Obecne są m.in. w „nurcie feministycznym”. Autorka omówienia określa wystawę jako frapującą. Oczywiście, nie wspomina, że wielbiony Mao był największym zbrodniarzem czasów nowożytnych, w dodatku obłąkanym i sadystycznym. Bo trzeba patrzeć postępowo. PS. Ideałem „rewolty” był też Lenin, co jest odnotowane beznamiętnie, neutralnie, ze zrozumieniem.
Postęp (4)
W Muzeum Narodowym (!) dyr. Piotrowski zorganizował wielką wystawę „Ars Homo Erotica”. Ma to być sztandarowy projekt „muzeum krytycznego”, zaproszenie do debaty na temat „sztuki mniejszości seksualnych”. „Brak zdrowego rozsądku” (dyrektora) – ktoś zauważył. Ależ nie. Dyrektor propaguje postęp. PS. Także wśród dzieci szkolnych – ich wycieczki będą zmuszone przejść przez teren ekspozycji „dzieł”, nawet podług rzeczniczki dyrektora – „obscenicznych”. Termin jest wszakże tożsamy z postępowością.
Afganistanie
Afganistan stał się oportunistycznym tematem wyborczym. Nie będę pisał, jak Afgańczycy „kochają” talibów, że jeszcze teraz ogromna ich większość (parę lat temu – 90 proc.) popiera obecność koalicji. Ani o korupcji rządu Karzaia czy też zachowaniu się dużej części państw NATO. Małej wierze w niezbędną cierpliwość, także ze strony Obamy. Chcę tylko stwierdzić, iż nie jest to żadna „misja”, nie ma nic wspólnego z chęcią NATO pełnienia roli „żandarma świata”. Interwencja była, jest oparta na zasadach Sojuszu. Po 11.09.02 USA poinformowały sojuszników, że zostały zaatakowane z terenu Afganistanu, za zgodę tamtejszych władz („Wojna!” – krzyczał wtedy tytuł w „G. Wyb”). I przywołały art. 5 przymierza. Atak na każdego członka NATO, małego czy dużego, jest atakiem na cały Sojusz. Takie są reguły „chocholego tańca”, ob. Komorowski. A wojna ta jest po to, ob. Napieralski, by za jakiś czas nie trzeba było do Afganistanu wracać. By zapobiec zdruzgotaniu przez terrorystów, za jakiś czas, np. Buckingham Palace. Na początek dżihadu. Przeciw całemu Zachodowi. W połączeniu z tym, co się dzieje w Pakistanie, to perspektywa niemal pewna. A już zupełnie żenujące jest mówienie o polskiej rejteradzie akurat wtedy, gdy utracił tam życie 18. Polak (Brytyjczyków zginęło już 299, mają inny rząd, ale ich dowódcy mówią po żołniersku: „niestety, należy spodziewać się dalszych ofiar”). Uciekniemy z Afganistanu, nie ma obaw. Jest daleko. W tym przypadku uniknięcie „patrzenia w przyszłość” nie jest trudne. Czemu ma nas obchodzić, co będzie za lat 15?
Błąd
B. premier Japonii J. Koizumi był wielkim przyjacielem USA, aliantem Busha. Ale w zeszłotygodniowym „kolumbijskim” dopisku popełniłem błąd. Poprzedni prezydent USA oprócz A. Uribe i T. Blaira odznaczył specjalnie innego niezawodnego sojusznika – byłego, rekordowo długoletniego, premiera Australii – J. Howarda.
Na Czerską
Dziennik „Polska. The Times” stał się już całkowicie platformerski. Reżimowy. Gratuluję.
A poza tym
Panie Tusk, kiedy mianuje pan Palikota ministrem?
Jacek Kwieciński


Komentarze
Pokaż komentarze (4)