Contra
4 lipca niezbędna jest większa mobilizacja. Ale istotne jest, kogo (i gdzie) należy mobilizować szczególnie. Nie wydaje się, aby na terenach przyjaznych PiS-owi wyczerpał on już możliwość poparcia. Absencja np. w małych miasteczkach była znaczna, nawet przy uwzględnieniu dużej liczby wyborców obojętnych. Oczywista jest potrzeba pozyskania nowych głosów, ale głosów różnych. Począwszy od wspomnianych. To, co napiszę, nie jest wyrazem niezrozumienia twardych reguł polityki czy też „fundamentalistycznej” naiwności. Lecz licznych rozmów ze „zwykłymi” wyborcami. Bo chodzi nie o prostą grę w dodawanie. Można tak sobie dodać, że z drugiej strony straci się znacznie więcej. Wokół wyniku kandydata SLD wybuchła histeria. Zdecydowanie przesadna. „Wrażliwość społeczna” PiS-u jest od dawna znana. Tych, którzy nie znoszą i PO, i jakiegokolwiek SLD, jest doprawdy wielu. Nadmierny, przesadny (a pewno bezskuteczny) flirt z SLD po prostu ich razi. Wcale nie jest pewne, że przejdą nad tym do porządku dziennego. A to może wpłynąć i na wybory parlamentarne. By zdobyć poparcie nowych wyborców, trzeba zwracać się w różne strony, a nie tylko do jednej grupy (przypadek służby zdrowia). I najważniejsze: zamiast np. wizytować Szczecin, należałoby odwiedzić jak najwięcej małych miast i gmin, gdzie odnotowano wyjątkowe poparcie. By stało się jeszcze większe. Chciałbym, by te uwagi były nietrafne, aby wystarczyła sama świadomość niezwykłej szkodliwości dzisiaj władających, przy której prawie nic się nie liczy. A moje przekonanie o tej wyjątkowej szkodliwości narasta dosłownie z dnia na dzień. Toteż powodem tych spóźnionych uwag jest nic innego jak zatroskanie możliwością słabego wyniku.Chyba nikt nie może wątpić, komu życzę zwycięstwa.
Odcinki
Przed pierwszym finałem
Cóż można jeszcze powiedzieć? Każdy powinien zrobić, co tylko jest w stanie, aby doprowadzić do niespodzianki, czyli pomyślnego rezultatu. Naprawdę „wszystko”, czyli nie tylko rzeczywiście oddać głos. Obowiązująca u nas „cisza wyborcza” (mało, moim zdaniem, sensowna) nie wyklucza możliwości, by całkiem prywatnie skrzyknąć rodzinę, porozmawiać z sąsiadem, znajomym (mającym przynajmniej w pewnym stopniu podobny punkt widzenia). Przekonać ich, że każdy głos się liczy. Bo naprawdę się liczy, nie tylko dzisiaj. Wszyscy dudnią w jakimś stadnym amoku, że będzie to już początek lipca, czyli wakacje itd. A ja boję się absencji innej, przeciwników partii Prawomyślnych Obywateli. Mam nadzieję, że przez nadchodzące dni nie dojdzie do niczego, co mogłoby wpłynąć źle i na elekcję sejmową. A może wydarzy się coś pomyślnego?
Będzie trwał!
Cokolwiek by się stało w czwartym dniu lipca, nie traćmy wiary i nadziei. Nie damy się i już! Marsz (w tym wypadku – do zwycięstwa, zwycięstwa niechby niedoskonałej, ale naszej własnej Polski) ma czasem parę etapów.
Rosyjski
Rosjanie przekazali wreszcie kopie niektórych dokumentów dotyczących katastrofy smoleńskiej. Podkreślam – niektórych (ok. 10 proc.). Warto dodać, że o ile Polska jako państwo należy bezapelacyjnie do PO, o tyle nie dotyczy to pozostałości po naszym Air Force One. To własność rosyjskich przyjaciół Tuska. Jeśli więc taka ich wola, mogą go przeznaczyć na złom. A nam nic do tego. Bo tak „ustawił” nas Tusk.
Bezpartyjny Tusk
Jeden z wielu przykładów stosowania podwójnych standardów. „Na plecach Tuska do Pałacu”. Tusk: – W pełni włączam się w kampanię, zrobię wszystko, żeby...”. Wyobraźmy sobie sytuację, w której nie straciliśmy prezydenta i Jarosław Kaczyński ogłosiłby, że w pełni włącza się w jego kampanię, zrobi wszystko, by został prezydentem. Wrzask w mediach o jednostronnej „partyjności prezydenta” podniósłby się niebywały. A teraz – nic, nigdzie. No cóż, wiadomo – PO jest partią „wszystkich Polaków”.
Nonsens kwitnie
Sądy w RP – własności PO – są tak niezawisłe, jak TVN jest „neutralnym gruntem”. Zadziwia brak reakcji (poza tą wybitą na pierwsze strony, z satysfakcją i uznaniem, przez „WybGazetę” i „Polskę”) na ostatni werdykt sądu w sprawie skargi na Kaczyńskiego (szpitale). Poza decyzją sądu mieliśmy tu przykład wciąż egzystującego u nas totalnego nonsensu. Gdyby podobnie postępowano np. w W. Brytanii, gdzie – co normalne – kandydaci zarzucali sobie, że chcą zniszczyć najuboższych, że to, co mówią, spowoduje katastrofę, że ich postawa – chociażby tylko sygnalizowana – zaowocuje społecznymi nieszczęściami itd., procesów o „kłamstwo” musiałoby być ze 100. Nie było żadnego, bo podobne twierdzenia, wnioski, sugestie, zarzucanie (czasem zupełnie fikcyjne) konkurentowi tego lub owego to coś oczywistego w kampanii wyborczej. Gdyby któremuś z rywali zasugerować, że powinien w trybie nagłym poskarżyć się sądowi, wybałuszyłby oczy ze zdumienia. A u nas idiotyzm ma się dobrze.
W obronie „haków”
Wiem, że nie w tej kampanii. Może nawet nie i w następnych. Ale to, co u nas zohydzono, nazywając „hakami”, to element normalnej rywalizacji wyborczej w normalnych krajach. To np. zapytanie rywala w trakcie debaty: „dlaczego w roku x głosował pan tak i tak”?, „Czemu w roku y stwierdził pan publicznie wiele razy, że...”? Poznanie zachowań i postaw kandydata w trakcie jego kariery politycznej mówi o nim ogromnie wiele, także na dzień dzisiejszy i jutrzejszy. Ludzie/wyborcy powinni je znać. Np. żadnym „hakiem” nie byłoby zapytanie Komorowskiego, dlaczego jako jedyny nawet ze swej partii był za utrzymaniem WSI (z łopatologicznym wyjaśnieniem ludziom, że chodziło o całkowitą skamielinę komunistyczną, niezwykle szkodliwą). I o podobne sprawdzone fakty (a nie insynuacje). A u nas podobne pytania/tematy są niemal tabu.
Nie zmienię języka
A ja będę nadal mówił „postkomuniści”. Bo to zgodne z prawdą. W SLD mogą być frakcje (w tym ta wymarzona przez Michnika), część jego weteranów mogła od dość dawna wspierać Komorowskiego. Nie zmienia to faktu, że „młody” Napieralski wraz z towarzyszami urządzają niemal akademie ku czci najwstrętniejszych postaci, bronią PRL-u, dobrego imienia (emerytur) esbeków, pomników „utrwalaczy władzy ludowej”. W ich partii pełno postaci typu tow. Senyszyn. Próby niedostrzegania bądź bagatelizowania tej postawy mogą jeszcze słono kosztować. W Polsce potrzebna jest lewica. Taka, jakiej nie udało się stworzyć Ryszardowi Bugajowi. Nie jakakolwiek inna. PS. Wynik Napieralskiego jest nie tylko indywidualny. Np. w Brandenburgii uzyskałby rezultat bardziej „rewelacyjny”. Furora jego i „nowego” (rzekomo) SLD wydaje się przekraczać granice rozsądku. Marcin Wolski, zdaje się serio, radzi Napieralskiemu zbudowanie „nowoczesnej lewicy” ą la Zapatero. Boże Drogi! Zapatero może doprowadzić do wojny domowej w Hiszpanii. Jest w katolickim kraju zaciętym wrogiem naszej religii. Wspiera wszystkie największe dzisiejsze nonsensy. Jest symbolem lewactwa zagrażającego przyszłości naszej cywilizacji. „Nowoczesność”! Ani o jotę nie wolę go od nomenklaturowców.
Postępowość wsteczna
ň propos „odnowionego” SLD powiem jeszcze więcej. Oto wzorcowo „nowy” Bartosz Arłukowicz. Najpierw mówił, że za czasów PRL wszyscy byli jednako umoczeni. Teraz przeciwstawia Polskę postępową Polsce konserwatywnej. To ostatnie określenie ma być wraże, zaściankowe itd. – z założenia. Tymczasem, jak zwał, tak zwał, ale we współczesnym rozumieniu tego terminu chodzi o obronę tego, czego nasze pokolenie dla dobra przyszłości Polski musi bronić. Musi. W całkowicie rozchwianym świecie współczesnym. A wyrażony przez Arłukowicza zachwyt „postępowością” jest jednym z powodów, że przykłady tego dzisiejszego „postępu” będę stale prezentował.
Sondażowo (I)
Przyznam, że powyborczych wypowiedzi-analiz starałem się unikać. Ale spojrzałem nieopatrznie na komentarz szefa „Rzeczpospolitej”. I przeczytałem: „Przewaga Komorowskiego nad Kaczyńskim jest spora”. Przyznam, że mało co zezłościło mnie bardziej. Ludzie „Rz” z niezrozumiałych przyczyn zapatrzeni byli w „sondaż telefoniczny TVN” niczym sama ta neutralna stacja. Na pierwszej stronie podano jego wyniki nie tylko przed exit polls (a nie „sondażem”) OBOP-u, ale nawet wynikami PKW z niemal połowy obwodów, świadczące, że TVN musi bredzić. Ale stacja była ważniejsza. I na jej „sondażu” oparte były publikacje ludzi „Rz”. W środku numeru był tytuł: „Trzy sondaże, trzy wyniki”. A zaraz obok rezultaty kolejnego „sondażu telefonicznego” „Rz”, z którego wynikało, że J. Kaczyński w II turze straci nieco głosów uzyskanych 20.06. Groteska! Następnego dnia Paweł Lisicki zamieścił felieton pt. „Ja jako ofiara sondaży”. Nietrafny. Szef „Rz” był ofiarą samego siebie. Nie odróżnia „sondażu” od exit polls, bezsensownie zaufał TVN-om.
Sondażowo (II)
A tymczasem wszyscy komentatorzy (np. I. Janke) dalej rozsnuwali sondażowe bajeczki. Udawali, iż nie wiedzą, że wiele mediów w Polsce jest z założenia skrajnie nieobiektywnych, więc ich sondaże także takie muszą być. Opowiadali, że ludzie nie mówili prawdy, na kogo głosowali. A guzik. Tyle że w dniu wyborów „sondaże telefoniczne” to absurd. Liczą się tylko profesjonalne, robione na dużą skalę i w reprezentatywnych miejscach exit polls. Pytanie ludzi, na kogo głosowali zaraz po tym akcie. Jest to moment, kiedy z reguły mówi się prawdę. I wyniki (ostatnio także w Polsce, i w W. Brytanii) są niemalże identyczne z podanym po wielu godzinach rezultatem końcowym. Sondażystów wraz z ich metodami zostawmy na chwilę na boku. Bo, nie licząc „GazetW”, na początku powinien być profesjonalizm dziennikarzy dotyczący całej sprawy.
Postęp
Mimo licznych ostrzeżeń, do czego stopniowo doprowadziła za granicą, ob. Komorowski podpisał straszną ustawę. Nie jest ona przeciwko „przemocy w rodzinie” (istnieją już odpowiednie paragrafy kodeksu karnego). Jest przeciw rodzinie jako takiej. Jej rozciągliwe zapisy są przerażające. Tu powiem jedynie, że nie tylko hoduje ona Pawlików Morozowów, ale zachęca do donosów sąsiedzkich. A nawet tworzy obywatelskie komitety donosicielskie. Nie dotyczy „praw dziecka”, ale praw państwa wdzierania się w życie prywatne obywateli. Jedno jest pewne – jest niezmiernie postępowa.
Dom budujemy
Kryzys euro etc. To rzeczy wtórne. Grunt, że wszechstronnie rozwija się budowa „wspólnego europejskiego domu”, czyli dawny zamysł ZSRR (z pełną aprobatą Obamy, który z pewnością też się włączy). I mamy superliberalnego Miedwiediewa, który co prawda stale podkreśla pełną zgodność z Putinem, ale co tam. Sytuacja jakby znajoma, ale pewno się mylę. Nowa, odświeżająca, wyjątkowa.
Przypomnienie
Największa „zgoda” i całkowita jedność narodowa panuje w Korei Północnej.
Znów o Afganistanie
Ze zrozumiałych względów brak mi dziś miejsca (atoli zwracam uwagę, że „Odcinki” są przygotowywane wcześniej, nie są rubryką informacyjną). Nawet na wiele aspektów dotyczących Afganistanu. Krótko. 1. Odegranie przez Komorowskiego tym razem roli zwierzchnika polskich sił zbrojnych to kolejna bezczelność i bezwstydna zagrywka wyborcza. Notabene, zdecydowana większość polskich żołnierzy w Afganistanie głosowała przeciw Komorowskiemu. 2. Wbrew zdaniu K. i mej opinii o Obamie nie ogłosił on żadnej „strategii wyjścia”. 3. Doradca ministra Klicha, obsesyjnie antyamerykański B. Kuźniar, stwierdza, że w Afganistanie nie mamy żadnych zobowiązań. „Bo nikt tu nikogo nie napadł”. Rozumiem, że R. Kuźniar 11.09.2001 słodko spał. 4. Niektóre media są zachwycone, że szybko uciekniemy z Afganistanu. Mają kompletnie w nosie, co będzie potem. A brytyjski szef sztabu (kraj ten stracił już 304 żołnierzy) stwierdza, że przedwczesny odwrót zaowocuje „geostrategiczną katastrofą”. Także dla nas, bo cały Zachód okaże się „słabszym koniem” (bin Laden).
I jeszcze więcej
Obama zdymisjonował mianowanego przez siebie dowódcę wojsk w Afganistanie, gen. McChrystala (twierdzi, że tylko z powodu jego wypowiedzi). Zastąpi go gen. David Petraeus, dotychczas dowódca Amerykańskiego Frontu Centralnego (Central Command), zwierzchnik McChrystala. Zasłynął w Iraku, jest ostatnim, który by się przedwcześnie wycofywał. Gorzej, że nagannie drastyczne uwagi współpracowników McChrystala (w młodzieżowym brukowcu wrogim wojsku!) oddają nastroje żołnierzy. Trafnie oceniających ludzi Obamy – całkowite zera. Oraz chaos i spory w jego rządzie. Nad którymi nie panuje. Mimo marnej sytuacji w Afganistanie, mego pesymizmu, czegokolwiek aż boję się pomyśleć, co by nastąpiło, gdyby najpierw Afganistan, potem atomowy Pakistan opanowali islamscy terroryści.
Glorii połowa
T. Mazowiecki został uhonorowany „za to, co zrobił dla Polski”. Nagrodę za to, czego dla Polski nie zrobił (a mógł), otrzyma później.
Bez luksusów
Na takie luksusy jak papier toaletowy, mydło (nie mówiąc już o ubikacji wewnątrz wszystkich szkół) wielu polskich uczniów poczeka przynajmniej ponad rok. Zarządzający Polską interesuje się piłką nożną, nie higieną. Właśnie wakuje stanowisko asystenta trenera niemieckiej drużyny z dolnych regionów tamtejszej II ligi. Posada dla Tuska wymarzona. Na miarę jego mentalnych walorów.
Odmawiam
„Pomóż ratować Ziemię”. Nie pomogę. Nawet nie będę oddychać ekologicznie. PS. Otrzymałem e-mail od rzecznika Greenpeace, że przeciw wałom przeciwpowodziowych protestowali akurat nie oni. Są tam też uwagi o moich „frustracjach i kompleksach” (sławna zbitka słowna), bo nie znoszę jego sekty. Owszem, mam kompleks na punkcie zdrowego rozsądku. Oraz jego braku.
Choć raz
„Rzeczpospolita” o berlińskim Biennale „sztuki współczesnej”: „dowodzi, że przytopiła nas fala głupoty”. A jakby tak częściej takie, a nie inne recenzje? Fala głupoty jest bowiem bardzo szeroka. Obejmuje też festiwale filmowe, „przeglądy dokumentów”, sztuki teatralne. Dotarła nawet do opery.
Minimaksyma
Nie sympatyzować nigdy z formacjami, które popierają więźniowie.
A poza tym
Panie Tusk, kiedy mianuje pan Palikota ministrem?
Jacek Kwieciński


Komentarze
Pokaż komentarze (4)