71-letni mężczyzna obrzucił Pałac Prezydencki i zawieszoną na nim tablicę kupą. Jaki prezydent, taki zamach?
Dzień dobry państwu, nazywam się Piotr Lisiewicz i nie jestem anonimowym alkoholikiem, tylko znanym pijakiem. Działam jednak w czymś, co ma w skrócie AA, czyli w Akcji Alternatywnej Naszość. Postanowiłem podjąć trudny krok w walce ze zgubnym nałogiem. Obiecuję od dziś nie pić piw Lech, Tyskie, Dębowe, Żubr, Pilsner Urquell, Wojak, Grolsch, Miller, Peroni, Redds, Gingers oraz innych świństw, jakie Kompania Piwowarska doktora Kulczyka wyprodukuje. Wzywam też wszystkich Czytelników, by przestawili się na piwa innych producentów. Takie, co mogą wzbudzić odruchy wymiotne wyłącznie po przedawkowaniu, a nie po obejrzeniu ich reklamy.
„Gazetowy śmieszek Piotr Lisiewicz” – napisała w „GW” Krystyna Naszkowska, gazetowy smutas. A co tam, panie, w satyrze Agorowej? Ano stara bida. Wieczny sezon Ogórkowy.
Paweł Lisicki w „Rz” o podziałach na polskiej scenie: „To, w którym miejscu sceny się wyląduje, w dużej mierze zależy od konieczności, zderzenia ambicji, chęci bądź niechęci mediów”. To prawda. Mógłbym wskazać liczne przykłady takich dość przypadkowych „wylądowań”. W polityce, jak również w dziennikarstwie.
Widać gołym okiem, jak niektórzy publicyści „Rz” lawirują, by wypośrodkować pomiędzy pisaniem prawdy a tym, by zachować wizerunek poważnego komentatora, a nie wariata. Niby jakieś racje za taką postawą stoją. Ale do kogóż to skierowane są te zabiegi? Kto nie ma przedstawiać publicystów „Rz” jako oszołomów? Ano przedstawiciele przeciwnego obozu, dysponujący medialną bronią masowego rażenia. Myśleć, że owe potęgi nie wykorzystują tej gry dla siebie, byłoby skrajną naiwnością. Jeśli owi publicyści „Rz” prowadzą jakąś grę, to jest to gra nadzianej na własne życzenie na haczyk ryby, która w zamian za dobrowolne zrzeczenie się wolności oczekuje od wędkarza przestrzegania mile widzianych przez rybę standardów. I pływa sobie w kółko, które niepokojąco maleje. Jak to się kończy? Tak jak w przypadku naszych złotych rybek Krasowskiego i Michalskiego.
Zbigniew S., pseudonim „Niemiec”, fan prezydenta Komorowskiego atakujący obrońców Krzyża, jest żywym dowodem na to, że sięgnięto w tej sprawie po najtwardszy elektorat Głowy Państwa. Ten, który za kratami poparł go w 91 proc. Dowodzenie owym „radosnym happeningiem” powierzono wybitnemu jego przedstawicielowi: wszak siedział nie za kradzież bułki, lecz za gwałt oraz napad z bronią w ręku. A i teraz oskarżony jest w sprawie szantażystów Krzysztofa Piesiewicza. Po tym, jak napisaliśmy, kim jest, pod pałac PRZYCHODZI DALEJ, bo wie, że wielkie media nic z tym nie zrobią. Trudno o bardziej jaskrawy przykład PUTINIZACJI Polski po zwycięstwie Komorowskiego.
Marek Migalski w polityce działa od roku i kilku miesięcy. Jako komentator pojawił się w mediach gdzieś koło roku 2005. Gdy piszę te słowa, jestem świeżo po lekturze listu otwartego Migalskiego do Jarosława Kaczyńskiego. Autor napisał go z pewnością siebie godną męża stanu. List ma jeden plus: dzięki tej przesadnej formie Migalski jaskrawiej zademonstrował wszystkie braki w swojej wiedzy o specyfice mechanizmów polityki na posowieckim obszarze. Tej, o której nie ma w podręcznikach politologów. To nie zarzut, Migalski po prostu mieć jej nie może, zdobywa się ją bojem, a on jest tylko zdolnym, ale zielonym nowicjuszem. Pouczył on w swym liście Kaczyńskiego, że „mediami można grać”, zmusić je do prezentowania własnego przekazu, co nie wymaga „specjalnego geniuszu”. Zaś w PiS są osoby, które mają w tej kwestii „pewien talent”. Niewątpliwie list Migalskiego jest dowodem, że faktycznie wie, jak zdobyć popularność w mediach. Dla ITI i Agory był on hitem numer jeden.
Ze sportu. „Wkłady do koszulek” – takie określenie dotyczące naszych piłkarzy spopularyzował Roman Zieliński, lider kibiców Śląska Wrocław, na swojej stronie fanslask.pl. Bon mot jest z gatunku takich, co rozchodzą się z prędkością błyskawicy. Pozostaje apelować do czytających te słowa piłkarzy, by nie przyczyniali się dalej do jego popularyzacji.
> Dziękujemy wszystkim czytelnikom, którzy solidaryzowali się z nami w związku z pozwem, jakim grozi naszej redakcji szwajcarski adwokat Bernhard Genoud, reprezentujący spadkobierców Josepha Goebbelsa. Przypomnijmy, że poczuli się oni urażeni porównaniem Goebbelsa do Janusza Palikota. W poniedziałek kancelaria mecenasa Genoud przysłała nam pismo procesowe, w którym domaga się zamieszczenia przez naszą redakcję w ciągu 30 dni przeprosin na łamach „Gazety Wyborczej” oraz wpłaty miliona euro zadośćuczynienia na konto fundacji pomagającej chorym i będącym w podeszłym wieku weteranom Wehrmachtu. „Jako pełnomocnik procesowy spadkobierców dr. Josepha Goebbelsa, działając z upoważnienia moich mandantów stwierdzam, że autor materiału prasowego »Goebbels, Urban, Palikot« dopuścił się pogwałcenia zasad rzetelności dziennikarskiej i nie dochował należytej staranności, przygotowując go do publikacji. W ten sposób naraził na szwank dobra moich mandantów, przedstawiając ich w ujemnym świetle w odczuciu społecznym” – pisze mecenas Genoud. „Prawo prasy do krytyki polityków, w tym także osób zmarłych, nie zwalnia jej autorów od dochowania zasad rzetelności. Fakt, że politycy owi w określonych politycznych uwarunkowaniach, w pewnych okresach swego życia dopuścili się błędów czy czynów zasługujących na potępienie, nie zwalnia dziennikarzy z owej rzetelności. Tymczasem zarówno tytuł, jak i treść tekstu zawiera sugestię, jakoby istniała pełna analogia pomiędzy wymienionymi politykami. O ile można doszukiwać się podobieństw, gdy chodzi o retorykę stosowaną przez wymienionych polityków, o tyle jakiekolwiek rozszerzanie tej analogii jest niesprawiedliwym uogólnieniem. Dr Goebbels wierzył w swoje ideały. Wiele z nich było błędnych, doszło też do godnych ubolewania zbrodni. Jednak porównanie go do obrzydliwej postaci Palikota to przekroczenie dopuszczalnych granic krytyki. Dr Goebbels bronił interesu Niemiec tak, jak go, wadliwie, rozumiał. Nie poniżał nigdy własnego narodu. Jego oburzenie na los biedoty było autentyczne. Gdy jego sprawa przegrała, popełnił samobójstwo” – pisze mecenas Genoud. Wysokość finansowego zadośćuczynienia uzasadnia on poczytnością „Gazety Polskiej”, cytując dane, z których wynika, że jej sprzedaż wzrosła w ciągu ostatniego roku o 100 procent. W najbliższych dniach odpowiedzi na pismo mecenasa Genoud udzieli pełnomocnik „GP”, mecenas Wojciech Gawkowski.
Piotr Lisiewicz


Komentarze
Pokaż komentarze (14)