Publikacje Gazety Polskiej Publikacje Gazety Polskiej
1967
BLOG

JACEK KWIECIŃSKI PISZE

Publikacje Gazety Polskiej Publikacje Gazety Polskiej Polityka Obserwuj notkę 9

Contra

Mamy dni upamiętniające powstanie Wielkiej Solidarności (1980), spontanicznego, oddolnego ruchu. Przekształconego w nienazwany zryw niepodległościowy operujący na polu jedynie wtedy możliwym. Nasze ówczesne zasługi w rozpoczęciu kruszenia komunizmu są niepodważalne. Ale potem nastąpił nieformalny zamach stanu w „S”; specyficzni eks-„doradcy” zaczęli uzurpować sobie prawo przemawiania w imieniu wszystkich Polaków (1989 czy nawet 1988). Nie miałem złudzeń. W czasie gdy – nie skrywajmy – niemal wszyscy próbowali pisać w „Gazecie Wyborczej”, ja jej pierwszych numerów nawet nie czytałem. To w tych czasach J. Kaczyński najpierw nie dopuścił do już formalnego przymierza nowych monopolistów z komunistami, potem zmusił ich, by zdefiniowali się politycznie (rezygnując z hasła „my reprezentujemy wszystkich”). Tyle że było już za późno. Powstały system określił „okrągły stół” i gruba kreska. Mazowiecki stał się częścią Towarzystwa. Powstał ów przeraźliwy twór UD (potem UW itd.). Michnik już wtedy dziko atakował J. Kaczyńskiego za spluralizowanie życia politycznego w Polsce (Kaczyński był przeciwny nawet łagodnej neoendecji). Red. Grydzewski przed wojną był zdecydowanie antyendecki. Ale po utracie przez Polskę suwerenności zrozumiał, że zaczęła się zupełnie inna gra. I stał się niezłomnym niepodległościowcem. Niestety, w Polsce elity zostały skutecznie przepuszczone przez maszynkę komunizmu. Mieliśmy Michników. Do rozbicia monopolu neorewizjonistów, złączonych z takimi ludźmi jak Mazowiecki (ostatni człowiek, który mógł zapewnić Polsce autentyczną niepodległość), trzeba było, niestety, partycypacji Wałęsy. A on, jako prezydent, okazał się totalną katastrofą: dla Polski, dla prawicy, wreszcie – dla samego siebie.

 

Wietnam, czyli fałsz totalny

Kiedy dawno temu umieściłem w „GP” parę krótkich tekstów o najbardziej zakłamanych przez lewicę epizodach historycznych (hiszpańska wojna domowa, Salvador Allende i Chile, Wietnam), ówczesny bardzo antykomunistyczny ambasador Bułgarii dosłownie przepraszał mnie, że na święto swego kraju musiał zaprosić m.in. Jaruzelskiego i apelował, abym podobnych tematów nie zarzucał. Od tego czasu ukazało się wiele fachowych, prawdziwych książek o Hiszpanii, legenda Allende też nieco przygasła (mówię o krajach bezpośrednio niezainteresowanych); tylko Wietnam wygląda na zafałszowany już na fest. Zakłamany totalnie, od początku do końca. Kłamstwa, wręcz historyczne fałszerstwa utrwalane są nie tylko przez wznawiane histeryczne filmy Kubricka czy Stone’a, ale i nowe, podobnego typu. A dzieci w szkołach (nie tylko amerykańskich) nauczane są z kłamliwych podręczników, co zostało udowodnione już nawet ze źródeł wietnamskich. Nieliczne pozycje młodych historyków są ignorowane. Obowiązuje jedna narracja, a że fałszywa – tym gorzej dla niej.

By opisać wszystko, trzeba by sporej książki. Nie mam takich ambicji. Ograniczę się do paru wyrywkowych spostrzeżeń.

Ostatnio mnożą się wypisy o Afganistanie z przesłaniem – klęska. „Jak w Wietnamie”. Jest to wielce bałamutne stawianie sprawy.

Ręczę, że spośród tych, którzy choć trochę interesują się sprawą (także starszych), 9 na 10 ma mniej więcej taki obraz wydarzeń: Amerykanie, pragnąc zdusić pragnienia bohaterskiego ludu Wietnamu Płd., najechali ten kraj. Jednakże mimo niesłychanej brutalności nie udało im się zrealizować swoich podłych celów. Pokonani, salwowali się bezładną ucieczką, w jej finale z dachu ambasady. Happy End. Wszystko to jest kłamstwem.

By jakoś zgrać mitologię z rzeczywistością, „Gazeta Wyborcza” napisała parę lat temu, że Henry Kissinger dostał Nobla za... starania na rzecz pokoju na Bliskim Wschodzie. No bo jakże, nagrodę tę otrzymał za układ pokojowy z komunistycznym Wietnamem Płn. A wojna skończyła się podobno amerykańską klęską, i to nie z ręki komunistów z północy, ale tzw. Wietkongu, samodzielnych powstańców-bojowników z południa. Gdzie miejsce na ugodę pokojową? Coś tu nie pasuje, więc trzeba było rzecz zaklajstrować. Co prawda już w latach 80. komuniści z północy (w tym głównodowodzący gen. Giap) potwierdzili jednoznacznie, iż to oni, na czele z tow. Ho, stworzyli Wietkong, całkowicie go kontrolowali, bezustannie „zasilali” i dyktowali mu wszystkie posunięcia militarne. Ale kto by się prawdą przejmował. Wymowa książek i filmów pozostaje bez zmian.

W istocie „Wietnam” był bliźniaczą kopią Korei – najazdem komunistów z północy. Tyle że rzecz była przygotowywana latami, prowadzona etapowo, z ogromnym udziałem ministerstwa propagandy. A vis-ą-vis było pokolenie amerykańskich polityków prowadzących wojnę w sposób najbardziej idiotyczny z możliwych. Później zaś warunki w USA, i to na wielu polach, poczęły przypominać rewolucję. W tych warunkach osiągnięto bardzo wiele. Uczynił to konkretnie R. Nixon (bynajmniej zresztą nie bohater prawicy; kontynuator makabrycznej polityki wewnętrznej Johnsona tudzież „odprężenia się” z ZSRR). Musiał jakoś ratować sytuację, którą wytworzyli Kennedy, a zwłaszcza potem Johnson wraz z najgorszym ministrem obrony w dziejach USA – Robertem McNamarą. W obliczu m.in. wrogości własnych mediów, które życzyły sobie klęski Ameryki. Serwowały stale „informacje” oparte na „relacjach” podobnie nastawionych swoich korespondentów (wręcz znienawidzonych przez żołnierzy – amerykańskich, australijskich, koreańskich, południowowietnamskich). Spreparowane w przerwach picia whisky w barach Sajgonu. Opartych na propagandzie wroga. Owi „korespondenci” praktycznie nie obserwowali pola walki. Były to „informacje” często zupełnie nieprawdziwe, zawsze antyamerykańskie. Żołnierze traktowali reprezentantów zachodnich mediów jako część machiny wroga. „NYT” nazywany był „New Hanoi Times”. I tak już zostało.

W rzeczywistości wojna wietnamska z udziałem Amerykanów toczyła się w latach 1961–1973. Zakończyła się absolutnym militarnym sukcesem sił antykomunistycznych. Wietkong został całkowicie rozbity i nie mogły go już uratować stałe uzupełnienia z północy, poprzez tzw. szlak Ho Chi Minha. Komuniści dwukrotnie liczyli na „powstanie ludu południowowietnamskiego”, ale ludność południa była do nich nadzwyczaj wrogo nastawiona. Zwłaszcza po masowych mordach, jakich się dopuścili w opanowanej na jakiś czas miejscowości Hue.

Amerykanie pokonali też regularne oddziały komunistycznego Wietnamu, próbujące zmasowanej ofensywy także przy samym końcu, w 1972 r. W ogóle na północy frontu toczyła się od początku wojna z wojskami północy. Tam też Amerykanie ponieśli największe straty.

Angielski obserwator stwierdził – też dwa razy – że pełne zwycięstwo „na stałe” (bazy, jak w Korei etc.) było dosłownie w zasięgu ręki.

Druga, krótka „wojna” to łamiąca układ pokojowy z Paryża otwarta agresja dwóch wielkich, regularnych armii z północy. Trudno tu mówić o klęsce wojskowej USA – bo żołnierzy amerykańskich dawno w Wietnamie nie było. W Waszyngtonie rządził zaś „imperialny” Kongres, który podjął uchwałę, że sojusznikowi z południa nie udzieli pomocy, nawet w postaci wojskowych części zamiennych. Porzucając wszelką lojalność, przyzwoitość, wiarygodność amerykańscy politycy całkowicie umyli ręce co do Indochin. Los podbitej ludności guzik ich obchodził. A wystarczyła lotnicza akcja przeciw owym, maszerujących jakby na paradzie, armiom najeźdźcy. Oczywiście można mówić, że liczy się rezultat końcowy, polityczny, niechby nastąpił po paru latach. Jest w tym niewątpliwie cząstka prawdy. Ale naprawdę trudno operować frazą „klęska wojskowa USA w Wietnamie”.

W 1975 r. to była już inna wojna – bez udziału amerykańskiego. Natomiast ci ewakuujący się z ambasady to była jej rozszerzona ochrona (ok. 1 tys. marines), a nie regularne siły bojowe. Można tylko z satysfakcją dodać, iż senatorzy, którzy zhańbili się najbardziej zdradą sojusznika, zostali, w nieodległej przyszłości, wyrzuceni przez wyborców z Senatu.

Rzecz jest istotna z tego powodu, iż Nixon z wielkim powodzeniem przeprowadził „wietnamizację” konfliktu (a dziś chodzi przecież, jak już pisałem, o „afganizację”). Najpierw z 550 tys. żołnierzy USA pozostało 24 tys., potem 0.

Każda wioska południowego Wietnamu chroniona była przez miejscową milicję; wojsko też rekrutowano spośród ludzi mieszkających w pobliżu. Ochotników nie brakowało. I przez dwa lata dawali sobie świetnie radę z oczekiwanymi przecież naruszeniami układu pokojowego przez komunistów (w obronie swej wolności poległo więcej żołnierzy południa niż Francuzów w II wojnie).

Ale jednej z największych ówczesnych potęg wojskowych, niekamuflującej się już zupełnie armii północy (milionowej), sprostać, osamotnieni, w 1975 r. nie byli w stanie.

Komuniści obawiali się zaatakować, gdy przy władzy był Nixon (lotniskowiec na wodach Indochin, bombowce na Tajwanie i w Tajlandii – agresja byłaby z pewnością potężnie ukarana). Ale Nixon został obalony.

A przecież mimo że komuniści byli uparci, przy normalnej sytuacji w Ameryce ich ostateczne „zwycięstwo” bynajmniej nie było pewne.

Ich braki w uposażeniu były ogromne, podobnie jak dezercje. A już niebawem w USA miał nastać Reagan... (potrafiący sobie radzić nawet z ograniczonymi uprawnieniami prezydenta). Ale obserwowali sytuację w Ameryce, pracę swoich propagandzistów, nastawienie ówczesnych, tfu, „elit” w USA i zdecydowali (ZSRR też im to doradzał), że trzeba zmobilizować wszystkie siły, że to wymarzony czas na otwartą agresję.

Niemniej tytuł australijskiej książki bezpośredniego uczestnika wydarzeń Marka Woodruffa: „Zapoznane zwycięstwo [Unheralded Victory], klęska Wietkongu i armii północnowietnamskiej 1961–1973” jest jak najbardziej trafny. Prawdziwy, jak stwierdzenie: „29.03.73 ostatnie 2,5 tys. amerykańskich żołnierzy opuściło Wietnam. Amerykańska wojna, interwencja w Wietnamie dobiegła końca”.

Lata później gen. Giap powiedział wprost: „Tak, przegraliśmy z Amerykanami. Straciliśmy milion żołnierzy. To, co pozostało na południu, nie stanowiło żadnej siły bojowej, nie było zagrożeniem dla tamtejszego reżimu. Długo nie mogliśmy się pozbierać”.

Jeszcze dosłownie parę wyrywkowych uwag. W 1968 r. komuniści przeprowadzili operację zwaną „Tet”. Na zgromadzonych w Sajgonie korespondentów – już pomijając ich sympatie – ogromne wrażenie zrobił fakt, że próbowano zaatakować (bez sukcesu) ambasadę USA. Ogłosili więc, że przeciwnicy Ameryki i ludności wolnego Wietnamu są wszechmocni, a wojna jest definitywnie przegrana. Podały to wszystkie wielkie media, a prezydent Johnson niezwykle się przejął.

W rzeczywistości „Tet” był ostateczną, totalną klęską zaplanowanej na północy akcji Wietkongu. Został on praktycznie wyeliminowany. W 1977 r. autor Peter Braestrup opublikował dwa kilkusetstronicowe tomy pt. „Big Story” (bardziej trafny byłby tytuł „Big Lie”, czyli wielkie kłamstwo), udowadniające stuprocentowy fałsz ówczesnych doniesień medialnych w USA. Cóż z tego. Łgarstwo „utrwaliło się” ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Ale planowane przez komunistów „powstanie” w Sajgonie nie wybuchło. Ludność ani aneksji, ani komunizmu nie chciała. Rejterady nie pragnęła też większość Amerykanów (ich poparcie dla wojny było większe i trwało dłużej niż dla koreańskiej; postawa młodych krzykaczy nie powinna mylić). Lyndona Johnsona krytykowano głównie za bezsensowne, co jakiś czas ponawiane, „wyciąganie ręki” do komunistów, zakaz bombardowania szlaku przerzutowego Ho, bo przebiegał przez pobrzeże Kambodży i Laosu, autoryzowanie nawet najdrobniejszej akcji militarnej itd. Dlatego w wyborach prezydenckich wybrano Nixona, który zapowiedział, że: a) nie ogłosi klęski w Wietnamie b) skończy wojnę, i to z powodzeniem.

Podobna wojna nie może nie być brutalna. Ale usilne starania amerykańskich ustawodawców, marzących, by odkryć z tuzin odpowiedników znanej masakry w My Lai, skończyły się niepowodzeniem. John Kerry uczestniczył w komisji, która miała udowodnić niezliczone zbrodnie jego kolegów. Nic nie udowodniono. Wielu „świadków”, jak się okazało, w ogóle w Wietnamie nie było. Fantazjowali. To samo dotyczy mitu o ogólnej depresji itd. weteranów z Wietnamu. W rzeczywistości 90 proc. z nich jest dumnych z udziału w wojnie, a ich późniejsze osiągnięcia zawodowe w Ameryce są większe od przeciętnych.

I jeszcze pewna ciekawostka: wiele mówiono o ucieczkach do Kanady obawiających się poboru. Ale ich liczba była niższa niż Kanadyjczyków zgłaszających się do walki w Wietnamie w składzie US Army. Tak czy inaczej, filmów o Wietnamie naprawdę nie warto oglądać.

O niesłychanych zbrodniach reżimu Ho, zarówno przed, jak i w trakcie podziału kraju (atoli wśród 900 tys. uciekinierów spod panowania komunistycznego udało mu się umieścić wielu agentów – potem trzonu „bojowników” Wietkongu) i o innych kwestiach dotyczących Wietnamu mam nadzieję napisać osobno. Tu jeszcze tylko dwie uwagi.

Rozgoryczeni brakiem rewolty w Sajgonie komuniści postanowili przynajmniej wymordować, kogo się da. Wszyscy znają zdjęcie mające dokumentować bestialstwo antykomunistów (wiele innych „wstrząsających” fotosów zostało zmontowanych w USA, niektóre są wręcz fingowane), gdy oficer południowowietnamski celuje z pistoletu do „bojownika”. Pominięto drobny fakt: ów bojowiec przed chwilą zamordował zastępcę szefa policji, jego ciężarną żonę, a ich sześciorgu małych dzieci poderżnął gardło. Fotoreporter przeprosił zresztą (za brak tzw. kontekstu) uwieńczonego na foto oficera, lecz znów – co z tego?

Po układzie paryskim stworzono, jak w Korei, strefę zmilitaryzowaną. Z tak „neutralnymi” obserwatorami jak ci z PRL. Ale był wśród nich Ryszard Kukliński. I to wtedy ostatecznie stwierdził, kto w zmaganiach zimnej wojny stoi po właściwej stronie, a kto jest ciemiężycielem, agresorem, mordercą i kłamcą.

TVN

„Kto usłyszy zarzuty w sprawie Smoleńska?”. Co za głupie, naiwne pytanie. Usłyszy je Jarosław Kaczyński, który niby pośrednio, ale w praktyce osobiście, jest za katastrofę odpowiedzialny.  

 

Jacek Kwieciński

 

JESTEŚMY LUDŹMI IV RP Budowniczowie III RP HOŁD RUSKI 9 maja 1794 powieszeni zostali publicznie w Warszawie przywódcy Targowicy skazani na karę śmierci przez sąd kryminalny: biskup inflancki Józef Kossakowski, hetman wielki koronny Piotr Ożarowski, marszałek Rady Nieustającej Józef Ankwicz, hetman polny litewski Józef Zabiełło. Z cyklu: Autorytety moralne. В победе бессмертных идей коммунизма Мы видим грядущее нашей страны. Z cyklu: Cyngle.Сквозь грозы сияло нам солнце свободы, И Ленин великий нам путь озарил Wkrótce kolejni. Mamy duży zapas.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (9)

Inne tematy w dziale Polityka