ODCINKI
„Polska” się cieszy
Kiedyś „tolerować” znaczyło znosić (toleruję, co robisz prywatnie). Dziś przemieniło się to w przymusową akceptację, a nawet konieczność podziwu („Mamo, jestem homoseksualistą”. „Synku, jaka jestem dumna z ciebie. Tatuś będzie zachwycony”). Obowiązek publicznego oglądania wulgarnych demonstracji nienormalności, która musi być uznana za to samo co normalność. Owszem, oni wygrają. Ale póki co, znieść nie mogę pełnych uznania i satysfakcji komentarzy nt. postępu tego postępu. Jestem wszakże tylko obywatelem. W USA mieszkańcy absolutnie wszystkich stanów, którym dano taką możliwość, odrzucili pomysł małżeństw homoseksualnych. Nawet ze stanów niesłychanie „postępowych”. I co z tego? Ich głos dla zideologizowanych sędziów zupełnie się nie liczy. Sądokracja. Poglądy paru ludzi. Ostatnio tak zadecydował sędzia w Kalifornii. Wbrew dwukrotnie wyrażanej w referendach opinii większości mieszkańców stanu. Dziennikarka „Polski” donosi o tym w sposób kompromitujący. „Obama wywalczył” (te śluby). O tym, że trzy gałęzie władzy powinny być niezależne – nie słyszała. Nie pisze o wspomnianych referendach, ale o „kontrowersyjnej poprawce 8” (narzuconej zapewne przez jakichś reakcjonistów). Bredzi totalnie, twierdząc, że owe małżeństwa „pięć miesięcy temu na terenie USA zalegalizował Sąd Najwyższy”. Majaczy już kompletnie, pisząc, że w konstytucji Ameryki istnieje zapis, że „każdy obywatel ma prawo do zawierania związku małżeńskiego z dowolnie wybranym partnerem, bez względu na jego płeć”. Tak, oraz zapis o prawie owiec do latania na posiadanych skrzydłach. Twórcy konstytucji nawet słowa „hetero” nie znali (ani terminu „partner”). W ogóle do głowy im nie przyszło, że małżeństwo może być czymś innym niż było przez wieki. Oświadczenie sędziego ideologa cytuje niczym Biblię (świecką, oczywiście). I jest zachwycona tym triumfem „walki z dyskryminacją”. A ja jestem zachwycony także jej niekompetencją zawodową. Oraz dziennikiem „Polska” w ogóle. PS. Podano wyniki jakiegoś sondażu (CNN), że po raz pierwszy... itd. Wyników sondażu, który wskazał, że po raz pierwszy od dziesięcioleci większość Amerykanów jest przeciw aborcji – nie podano. Sondaże sondażami, ale istotne (dla demokracji) są owe referenda. Głos np. Kalifornijczyków (a nie „Kalifornii”). Ale Obama jest wspaniały, prawda? Prawie tak jak Biedroń, Raczek czy jakiś Pacewicz. A koza też może, powinna być „partnerem”. Jak najbardziej. Nikogo nie wolno dyskryminować.
Co jest dziś ważne
Ciąg dalszy niezgody na wywody („Dziennika”) A. Talagi, które można by zatytułować „Po co nam Izrael”, odkładam. W zamian parę słów nt. dużego artykułu-polemiki R. Ziemkiewicza ze znakomitą Agnieszką Kołakowską. Chcę od razu zaznaczyć: a) to, co niżej, nie jest częścią wielce uzasadnionej krytyki „Rzeczpospolitej” b) z poglądami Ziemkiewicza nt. przedkomunistycznej Polski nie zgadzam się zdecydowanie, ale takie różnice to rzecz normalna.
Tekst Ziemkiewicza jest zatytułowany: „Banalność Holocaustu, czyli przeciwko szaleństwu licytacji krzywd”. Ale ja chcę w zasadzie ustosunkować się do jakby ubocznych „wtrętów” autora. Bo uważam je za przesadzone, a zwłaszcza nietrafiające w sedno dzisiejszej rzeczywistości. Np. twierdzenie, iż dzisiejsze przeróżne szaleńcze -izmy mają praprzyczynę w „instrumentalizacji Holocaustu” uważam za nieuprawnione. One i tak, same w sobie, stałyby się parareligiami.
Pisze Ziemkiewicz: „W Hollywood, książkach, telewizji, nic, tylko Holocaust. Kto marzy o laurach... musi uczynić bohaterami prześladowanych Żydów”. Nie. To przeszłość. Co najmniej od czasów antyizraelskiego filmu „Monachium” Spielberga (a tak!), ale w istocie jeszcze wcześniej. Teraz w Hollywood itd. musi być transseksualista, bohaterska feministka, ofiary kapitalizmu-imperializmu (o przypadkach łączenia na Zachodzie Żydów z ohydą kapitalizmu czy bankowości nie słyszałem), pogromcy-demaskatorzy firm tytoniowych...
Seriale mają nawet wyznaczone limity: tyle musi być w nich postaci czarnych, brunatnych, żółtych, niezamężnych kobiet, reprezentantów różnych orientacji seksualnych itd. O Żydach w tym kontekście nikt nie wspomina.
Jest akurat przeciwnie – w jej rodzinnej Holandii zakazano inscenizacji „Pamiętnika Anny Frank”, bo pewna, hm, mniejszość mogłaby się poczuć dotknięta, a nawet głośno okazywać sympatię hitlerowcom. Na nowego „Skrzypka na dachu” nie ma zapotrzebowania.
I tu dochodzę do prawdziwego sedna. Jest nim obłędna fetyszyzacja muzułmanów, a zwłaszcza Palestyńczyków (dysponujących machiną propagandową równą komunistom z Wietnamu w czasie tamtego konfliktu).
Ziemkiewicz pisze z sarkazmem, że powinna być zwołana jakaś konferencja ONZ, która ustali, kto w dziejach jest najbardziej pokrzywdzony. Ależ już się odbyła, nawet dwie (symbolicznie nazwana Durban 1 i 2). I ustalono, że w całej historii najbardziej pokrzywdzeni są Palestyńczycy (zresztą Arabowie jako całość również). Wykazaniem tego ONZ zajmuje się non stop.
Ziemkiewicz pisze, że podziela oburzenie Agnieszki Kołakowskiej na postępową modę na antysemityzm, ubierany w szaty antyizraelskiego pacyfizmu. O nie, to za mało. Elity zachodnie, ich większość, nie mówią już o zbyt drastycznych reakcjach Izraela itd. Ale poważnie, na serio, o sensie, potrzebie istnienia Izraela w ogóle. W Szwecji mecz tenisowy z Izraelem odbył się bez udziału publiczności, w niektórych krajach zachodnich na sklepach wiszą kartki: „Nie sprzedajemy izraelskich towarów”. Żydzi są atakowani fizycznie na ulicach zachodnich miast. A wyznawcy islamu – w skali globalnej – bezustannie dopieszczani.
To znacznie więcej niż antysemityzm, to choroba groźna – twierdzę – dla nieodległego bezpieczeństwa całego Zachodu. Jej przyczyną jest neoficka miłość do szlachetnych bojowników islamskich, a także rosnący w różnych krajach elektorat muzułmański. I nic innego.
W niektórych państwach Europy „ogólna” nienawiść do Izraela i Żydów niemal dorównuje tej okazywanej w części państw arabskich.
Owszem, antysemityzm jest (choć już rzadziej) używany jako wygodna pałka do okładania tych, z którymi „poprawni” się nie zgadzają, a także do zwalczania religii katolickiej – ale nie jest już pałką główną.
Stała się nią tzw. homofobia, ksenofobia, rzekomy nacjonalizm, a tuż za nimi podąża brak należytej werwy w walce z dwutlenkiem węgla czy też w podziwie dla dokonań gender-fizyki. Nie mówiąc już o potworności Stanów Zjednoczonych Ameryki.
Owszem, są otwierane muzea Holocaustu itd., ale jest to traktowane jako formalna powinność, alibi dla tego, o czym było wyżej. I odbywa się oczywiście nieoficjalnie, w atmosferze przypominającej parady równości.
Ziemkiewicz ma rację – antysemityzm był długo używany jako pała główna. Dziś stanowi równie beztreściowy, wszechobejmujący, niemerytoryczny zarzut jak „faszyzm” lub „rasizm”, ale jego siła rażenia jest mniejsza niż innych epitetów. A owe epitety powstałyby i istniały także – powtarzam – bez tego, co Ziemkiewicz nazywa „uczynieniem z Holocaustu parareligii”.
Oczywiście trzeba się bronić przed bezsensownymi oskarżeniami o antysemityzm, ale także o „islamofobię” lub „faszyzm” – tą ostatnią inwektywą operują ci, którzy w ogóle nie mają pojęcia, co ten termin znaczy. Ale jakieś metafizyczne spory o rangę Holocaustu toczą się – według mnie – jakby w jakiejś alternatywnej rzeczywistości. R. Ziemkiewicz ma w tej kwestii inne zdanie niż A. Kołakowska. I tyle.
Natomiast przypadki szaleństwa, obłąkania współczesnego świata są nader liczne. Szkoda zatem, że R. Ziemkiewicz nie zajmie się z kolei całościowym, ogólnym, pełnym, wszechobecnym zalewem „politycznej poprawności” (całkowicie błędnie u nas rozumianej). Nie bez przyczyny zwie się „polityczną”. A autor ma ku temu wyjątkowe kwalifikacje.
Był w Ameryce, gdy rosła w siłę – i jako jeden z pierwszych w Polsce opisał jej przejawy na podstawie autopsji (ja mogłem to zrobić wyłącznie na podstawie doniesień). Wielce dziś spotężniała i warto by to przedstawić. Bo nie jest abstrakcją. Jest wielowymiarowym zagrożeniem. M.in. tzw. soft-totalitaryzmem.
PS. W tekście Ziemkiewicza zabrakło mi wyraźnego stwierdzenia – nawet jeśli napomykał o tym z ironią – że porównywać jakichkolwiek zbrodni czy nawet niegodziwości z emitowaniem dwutlenku węgla po prostu nie wypada. Nad innymi kwestiami – a z prezentacją wielu z nich przez Ziemkiewicza się nie zgadzam – nie będę się już rozwodził. Np. nad historią niewolnictwa, nad tym, kto, czemu i jak bezsensownie wmawia wielu czarnym Amerykanom (nigdy nie napiszę Afro, nawet o człowieku z Jamajki), iż są i będą po wsze czasy „ofiarami”; notabene ciekawostką jest, że większość tamtejszych Żydów na podobne osoby głosuje. Lub nad tym, że znaczna część już licznych prawdziwych elit murzyńskich nie dyszy nienawiścią do kogokolwiek. Lub że czarny rasizm obejmuje też np. Koreańczyków. Nie bardzo także rozumiem, czemu Agnieszka Kołakowska miałaby zmienić zdanie po lekturze „African Studies”; istnieją też „Islamic Studies” czy też jakieś podobne. Natomiast, zwłaszcza Amerykanie, wiedzieli, choć raczej nie w pełni, co Niemcy robią z Żydami. Półoficjalna wypowiedź nt. powodów alianckiej inercji – nie możemy wzmacniać hitlerowskiej propagandy, sprawiać wrażenia, że toczymy wojnę dla Żydów. Hitler „nie widział (li tylko) w Arabach przyjaciół” – wielki mufti Jerozolimy dobrze znał Himmlera, bywał w Berlinie. Itd.
Nie byłbym sobą, gdybym wytrzymał bez choć jednej pewno złośliwej uwagi. Otóż testy autora o zbliżonej tematyce utwierdzają mnie w przekonaniu, że nigdy nie będę neoendekiem, czy to wolnorynkowym, czy etatystycznym.
60 lat temu
Niedawno wspominaliśmy o wojnie koreańskiej. Pewne uzupełnienie. Na wniosek brytyjski Rada Bezpieczeństwa zezwoliła na przekroczenie 38. równoleżnika w celu ukarania agresora i zjednoczenia Korei. „Time” (wówczas nieco inny niż dzisiaj) opisywał sceny z pierwszej uwolnionej stolicy komunistycznej, Phenianu: „Niemal cała ludność wyległa na ulice, szalejąc ze szczęścia i powiewając flagami Korei Płd., narodowych Chin, ONZ, różnych państw zachodnich. Azjatyccy weterani twierdzą, że nie widzieli podobnie masowej i spontanicznej demonstracji od czasu wyzwolenia Szanghaju spod okupacji japońskiej”. Tak, komunizm (również w Wietnamie) i reakcja zwykłych ludzi na ten system była wszędzie jednaka. PS. Potem nastąpił atak ćwierć miliona chińskich hord, temperatura spadła do -20ľ C. Ale w marcu 1951 r. MacArthur z powrotem doszedł do 38. równoleżnika i był gotów do przekroczenia go z manewrem oskrzydlającym. Nie uzyskał na to zezwolenia. A powyższe odnalazłem w krótkim kompendium wydarzeń 1950 r., publikowanym dawno temu w „GP”. Może je powtórzę (np. przy końcu br.), bo opisuje wiele ciekawych, a dziś już zapomnianych faktów.
„Są podobne”
Jerzy Buzek na przystanku Woodstock: „Ta impreza i UE są podobne”. No to wiem już, czemu – o zgrozo – jestem eurosceptykiem. J. Buzek niedługo przekaże swoje stanowisko Schulzowi. Czy jego szefowanie europarlamentem miało jakieś znaczenie, czy ktokolwiek będzie je pamiętał? Poza Jerzym Obciachem?
Zapateryzm gustu
Pan Paweł Lisicki – powtarzam to świadomie – nie wyraził cienia potępienia wobec zdziczenia antychrześcijańskiej hołoty. Pisze w „Fakcie”: „Stracą Kościół i PiS”. P. Lisicki myli hierarchię (mamy taką, jaką mamy) z naszą wiarą. A co do PiS, to ma on już gotowy spot wyborczy. Pokazywałbym tę główną „demonstrację” („Rzeczpospolita”) wciąż i wciąż. Niech cała Polska zobaczy, wiele razy, elektorat Tuska. W „Rz” pełen atencji wywiad na pół kolumny z organizatorem „imprezki”. Pewno gdyby spalili figurę upozorowaną na Lecha Kaczyńskiego, wywiad w „Rz” byłby całostronicowy. Kto stracił na pewno? Pan, panie Lisicki. Może zachowa pan stanowisko, ale nie mam już dla pana odrobiny szacunku.
Jacek Kwieciński


Komentarze
Pokaż komentarze (3)