Grzegorz Schetyna z nadzieją patrzył na akcję nieposłuszeństwa liberalnych działaczy PiS, którzy mieliby stworzyć z nim nowe ugrupowanie, a Janusz Palikot coraz śmielej zerka w stronę lewicy. Platforma Obywatelska, formacja, której siła polegać miała na szerokiej formule, najwyraźniej pęka w szwach. Konflikty, choć skrywane pod ciepłym dywanikiem PR, są coraz ostrzejsze. Partia rządząca stoi u progu najgłębszego kryzysu w swojej historii
– Śmieszy mnie medialny obraz rzekomych sporów ideowych w PO – mówi w rozmowie z „Gazetą Polską” jeden z polityków tej formacji. – Konflikty w tych kwestiach faktycznie nie istnieją. Są rzecz jasna podziały – na grupy interesów. O poglądy na pewno w nich nie chodzi.
Słuchając tych słów, trudno oprzeć się wrażeniu, że coś w istocie jest na rzeczy. „Konserwatysta” Gowin grać ma rzekomo z „liberałem” Schetyną, który z kolei zapałać miał ostatnio wielką miłością do innych „liberałów” – tych z PiS. Z kolei Janusz Palikot, łamiący już nie tabu, ale wszelkie granice zbydlęcenia, coraz częściej zerka w stronę lewicy, wyraźnie mówiąc o założeniu własnej partii.
Co na to władze PO z premierem Tuskiem na czele? Oficjalnie wszystko jest w porządku. W rzeczywistości – jak mówią nasi rozmówcy – szef rządu jest przerażony, czuje, że traci grunt pod nogami. Dlatego przystąpił do kontrataku. Na celowniku ma być zarówno Palikot, jak i ludzie Schetyny. – Donald ma pełną świadomość, że walczy o przeżycie. Nie tyle swoje, ile własnej partii – tłumaczy zastrzegający anonimowość bliski współpracownik szefa rządu. – W najbliższych miesiącach szykowana jest ofensywa, zarówno wewnątrz partii, jak i na forum ogólnopolskim – dodaje nasz rozmówca.
Schetyna, czyli z Gowinem i PiS-em przeciw Tuskowi
Jeszcze kilkanaście miesięcy temu był niekwestionowanym liderem PO, przedstawicielem jej raczej liberalnego skrzydła. Grzegorz Schetyna pełnił funkcję sekretarza generalnego partii, był jej szarą eminencją. Wszystko zepsuło się po wybuchu afery hazardowej. Schetyna, który miał być jednym z jej uczestników (słynny Grzechu), stracił funkcję wicepremiera i szefa MSWiA. Musiał zadowolić się podrzędnymi – dla niego rzecz jasna – stanowiskami – szefa klubu PO, wreszcie marszałka Sejmu. Teraz polityka PO spotka kolejne upokorzenie – przestanie być sekretarzem generalnym. Ma to być osobista zemsta Tuska. Premier podczas spotkania w Zakopanem miał stwierdzić, że konfliktu między nim a Schetyną... nie ma. – Grzegorz jest moim kolegą. Jednak niech nie myśli, że nadal będzie sekretarzem – te słowa Tusk wypowiedział w zaufanym gronie. – Donald zachował się najlepiej, jak mógł w danej chwili – tłumaczy jeden ze współpracowników szefa rządu. – Z jednej strony był wspaniałomyślny – Schetyna pozostanie w partii, dostanie funkcję pocieszenia (wiceprezes ugrupowania). Jednocześnie jednak, tracąc stanowisko sekretarza generalnego, Grzegorz traci realny wpływ na władzę w partii, przestaje być szarą eminencją. Czas „czwartego tenora” zdaje się dobiegać końca – dodaje nasz rozmówca.
Sam marszałek Sejmu nie zamierza jednak oddać pola bez walki. Wyraźnie zbliżył się do uważanego za najbardziej konserwatywnego polityka PO Jarosława Gowina. Postanowił też szukać sojuszników w Prawie i Sprawiedliwości. Jego atutem miała być przynależność (w latach 80.) do opozycyjnego Niezależnego Zrzeszania Studentów, kontakty z „Solidarnością Walczącą”. W PiS z kolei niechciana poczuła się ekipa liberałów, skupiająca takich polityków jak Joanna Kluzik-Rostkowska czy Paweł Poncyljusz.
Jednak – jak twierdzą nasi rozmówcy – w PO frakcja byłych PiS-owców raczej nie powstanie. Niewykluczone natomiast, że w razie rozłamu w największej partii opozycyjnej, Schetyna zasili szeregi nowej, centroprawicowej partii, grupującej tzw. sieroty po POPiS-ie. – W skład nowej formacji wejść by mogli „liberałowie z PiS” (Elżbieta Jakubiak, Marek Migalski, Paweł Poncyljusz), „konserwatyści” z PO (Jarosław Gowin) czy wreszcie „dysydenci” z partii Donalda Tuska (Jan Maria Rokita).
– Premier obawia się powstania takiej partii – mówi nam jeden z naszych rozmówców. – Formacja grupująca „sieroty po POPiS-ie” zaszkodziłaby nie Kaczyńskiemu, lecz nam. Elektorat PiS jest już zdeklarowany. Nasz – przeciwnie. Siłą Platformy jest umiejętność grania skrzydłami: Krzaklewski i Huebner, Buzek i Cimoszewicz. Partia PiS-owskich liberałów może odebrać nam prawą flankę. Ze Schetyną ma szansę zbudować mocne struktury – dodaje nasz rozmówca. Jego zdaniem szef rządu zdaje sobie sprawę z zagrożenia.
Palikot, czyli hiena zerwana z uwięzi
Niejedynego. Platformie grozi też utrata lewego skrzydła. Janusz Palikot – poseł milioner z Lublina – od miesięcy łamie wszelkie zasady – obrażanie prezydenta za życia i po śmierci, lżenie ofiar tragedii smoleńskiej i ich rodzin – to znaki firmowe polityka PO. Przez dłuższy czas jego wybryki miały cichą akceptację Donalda Tuska. Teraz, zdaniem naszych informatorów, jest inaczej. Premier jest coraz bardziej zirytowany działaniami Palikota. Poseł z Lublina z kolei poczuł się mocny. Jest świadomy, że ma spore poparcie wśród najmłodszych, nienawidzących PiS działaczy partii. – Palikot naprawdę uwierzył, że jego ugrupowanie może odnieść sukces – mówi nam jeden z działaczy Platformy. – Tak naprawdę jest w błędzie. Najlepiej byłoby, żeby odszedł teraz. Nowa partia może uzyskać pewną popularność, jednak za parę miesięcy stanie się „kanapą”. Nie sądzę, by nam zagroziła.
Jednak jak ustaliliśmy, Donald Tusk obawia się nie tyle nowej formacji Palikota, ile jej współdziałania z lewicą. To scenariusz całkiem realny. Polityk zerka w stronę lewicy, w oficjalnych wystąpieniach domaga się zwrotu PO w lewo, usunięcia z partii frakcji konserwatywnej, której przedstawicielem ma być Jarosław Gowin, wreszcie – o lewicowym odchyleniu polityka PO świadczą głoszone przezeń hasła, w tym liberalizacja ustawy aborcyjnej, eutanazji, związków partnerskich itd. Warto też wspomnieć o zaproszeniach, jakie na kongres Ruchu Poparcia Palikota otrzymali znani lewicowi aktywiści: Magdalena Środa, Manuela Gretkowska czy Ryszard Kalisz.
Co zrobi Bronek czyli ustawka dla mediów
Donald Tusk doskonale zdaje sobie sprawę z zagrożenia, ma świadomość, że zarówno zjednoczony z lewicą ruch Palikota, jak i Schetyna współpracujący z liberałami z PiS stanowią dla PO zagrożenie. Wystąpienie obu tych czynników jednocześnie jest zagrożeniem śmiertelnym. Dlatego też lider Platformy przygotował plan, który ma zapobiec rozpadowi partii oraz zneutralizować jego ewentualne skutki. Najważniejszą zasadą przyjętą przez premiera i otoczenie jest medialne wyciszenie realnych konfliktów. Punktem numer dwa – nagłaśnianie problemów fikcyjnych. Przykładem jest awantura o prezydenta Sopotu Jacka Karnowskiego. Od kilku dni w mediach widzimy oburzonych polityków PO z premierem na czele, którzy deklarują, że osoba z prokuratorskimi zarzutami nie może w wyborach korzystać z poparcia partii. Z drugiej strony jeden z prominentnych działaczy partii deklaruje, że Karnowski wsparcie Platformy jednak dostanie, jak mówi nam osoba z bliskiego otoczenia premiera. – Od początku chodziło o pewien teatrzyk. Karnowski może nam się nie podobać, jednak ma ogromne poparcie. Premier o tym wie, patrzy jednak na sondaże ogólnopolskie. Stąd krytyczne słowa Pitery czy samego Donalda Tuska. Jednak akurat w sprawie Karnowskiego panuje w PO zgoda – to nasz kandydat, którego musimy poprzeć. W tym temacie nie ma sporu – tłumaczy nasz rozmówca.
To niejedyny fikcyjny konflikt w Platformie. Od 4 lipca (dzień II tury wyborów prezydenckich) wśród obserwatorów sceny politycznej toczy się ożywiona dyskusja na temat roli prezydenta Bronisława Komorowskiego. Rozgrzani do czerwoności publicyści, wywodzący się z różnych środowisk, zastanawiają się, na ile głowa państwa się usamodzielni, czy stworzy własną frakcję itd. Spór jest tyleż interesujący, co bezprzedmiotowy. – Bronisław Komorowski nie wypowie wojny Tuskowi – mówi jeden z posłów PO. – Oczywiście jego pozycja jest bardzo silna, w końcu jest prezydentem. Jednak z szefem rządu stanowią zgrany tandem. Dobrze podzielili się rolami. Tusk to liberał, reprezentuje interesy dawnej KLD. Komorowski – wziął na siebie „etosowców”, czyli środowisko „Gazety Wyborczej”. Obie grupy mają wspólny interes – sprzeciw wobec PiS. Nie sądzę, by w przewidywalnej przyszłości doszło między nimi do konfliktu.
Rzeczywiście wydaje się, że znacznie większym od Komorowskiego zagrożeniem dla Tuska są ruchy Palikota i Schetyny. Otwarte pozostaje pytanie, czy medialne pozorowane ruchy i świetny PR wystarczą, by największa partii w Polsce ocalała.
Przemysław Harczuk


Komentarze
Pokaż komentarze (4)