Pamięci Żołnierzy Wyklętych
Działo się to wiele lat temu, na piaszczystych, porosłych sosnowym lasem obszarach tego odległego od głównych traktów i większych miast powiatu w środkowej części kraju. Wojna zakończona szybką klęską, okupacja... I Stanisław K., młodzieniec, jakich tam wielu, staje się Mizerykordią, legendarnym akowskim partyzantem.
Skromny i nieśmiały praktykant w niewielkim tartaku, oto pierwsza zwykła, niczym się niewyróżniająca część jego życia. Od klęski wrześniowej zaczyna powstawać nagle drugi, odmienny życiorys, jakby szło nie o tego samego człowieka. Talenty i nieoczekiwane cechy charakteru, uśpione dotąd, zaczynają stanowić o jego osobowości. Z praktykanta leśnika konspiracyjny dowódca. I to nowe życie jak film niezwykły się potoczyło: wysadzał wojenne transporty, w brawurowych potyczkach rozbijał posterunki gestapo i odbijał uwięzionych patriotów. Powstawała o nim ludowa legenda. Marzyli o jego sławie młodzi, kochały się w nim skrycie hoże dziewczyny. Legenda zwielokrotniała i barwiła jego partyzanckie czyny. A szczęście miał w tym wojowaniu niezwykłe, wiele razy śmierci z łap się wymykał, sam szafując śmiercią bezlitośnie. Ile to razy na wieść, że zbliża się Mizerykordia, żandarmi i policjanci na wartowniach zagubionych w lasach, wśród ludu milczącego i wrogiego osadzeni, odkładali broń i żegnali się nabożnie, już czyniąc ostateczny rachunek sumienia.
Wkrótce oddział Mizerykordii powiększył się znacznie, stał się kompanią, a on dowódcą tej kompanii. Sprawny, wypróbowany w podziemnej wojnie oddział z dowódcą brawurowym, junackim i równocześnie rozważnym, przebiegłym, nietrwoniącym krwi i odwagi niepotrzebnie.
Brał udział Mizerykordia w wielu wspólnych akcjach z partyzantami innych orientacji politycznych. W tych lesistych stronach, sprzyjających guerrilli, działało kilka konspiracyjnych grup, nękających zaciekle okupanta.
Orientacje i poglądy w wojennym życiu Mizerykordii nie liczyły się wcale. Wiedział tylko jedno: należy walczyć z wrogiem – i to było jego wyłącznym celem.
Radziecki partyzant, również słynny w tamtych stronach wojak, brodaty major, podarował Mizerykordii nagan z ozdobnie inkrustowanym napisem: „Druhowi serdecznemu za krwią umocnioną przyjaźń, za zwycięstwo, za szczęście”.
Przypadli sobie do gustu, obaj przecież jednakowo odważni, obejmowali się i całowali podczas leśnych spotkań, zwyczajem słowiańskim niejeden baniak samogonu wypili, siedząc w gajówkach i szałasach nad polowymi mapami, planując śmiałe wypady na Niemców.
Nieliczne zachowane z tamtych lat fotografie pokazują Mizerykordię, młodzieńca wysokiego i szczupłego, o delikatnej, okolonej nikłym zarostem twarzy, obwieszonego fantazyjnie granatami, stenem, naganem, w furażerce zsuniętej na tył głowy.
Po wojnie Mizerykordia według londyńskiego nakazu nie poddał się nowej władzy. Żołnierz był z niego, mimo pozorów samowoli i porywczości, zdyscyplinowany, przełożonym uległy, nigdy nie próbował niepotrzebnie rozważać i oceniać ich racji. Tak było i po wojnie. Teraz atakował i rozbijał ubowskie komendy, wymykał się obławom i siał strach.
– Mizerykordia nie przestał – szeptano.
Ale sieć stawała się coraz gęściejsza, ginęli jego żołnierze, inni odchodzili, pragnąc już nade wszystko spokoju i bezpieczeństwa; oddział przypominał coraz bardziej zagonione w obławie leśne zwierzęta, dzikość, okrucieństwo i desperacja przeważały już w czynach. Beznadziejność cechowała tę szamotaninę.
Życzliwych i pomocnych było coraz mniej, bali się ludzie, drzwi chałup coraz częściej zaparte na sztaby i drągi. Bardziej już uciekał i wymykał się nagonce Mizerykordia, niż walczył, a niewiara i zwątpienie nawiedzały go podczas bezsennych odpoczynków.
Schwytano Mizerykordię na początku drugiego powojennego roku. Bronił się rozpaczliwie, ale nawet najbardziej oddani w oddziale opuścili go i musiał ulec.
Ciężkie miesiące śledztwa. Wyprowadzono długi rejestr jego czynów. Wreszcie ten tłum przed sądem. Mizerykordia zmrużył oczy od dawno niewidzianego słońca i przeraził go ten tłum...
I odbył się sąd nad Mizerykordią, dwudziestosześcioletnim młodzieńcem.
Zaczęły się lata więzienia, które według wyroku miały już trwać do końca.
Była w nim wielka tęsknota za wolnością, śnił mu się las, biwaki i potyczki, tam śmierć przychodziła lekko jak wiatr, znienacka; tu miesiąc po miesiącu, rok po roku toczyła jak rak w swoim nieubłaganie wolnym, kalendarzowym rytmie.
Buntował się Mizerykordia, krzyczał i walił pięściami w obite blachą drzwi. Za łamanie regulaminu prowadzili go do ciemnicy uśmiechnięci pobłażliwie więzienni nadzorcy.
Potem ucichł, przedwcześnie postarzały i siwy, gruźlik, plujący ukradkiem w chusteczkę. Już nie podbiegał w bezsilnej rozpaczy do drzwi czy małego, okratowanego okienka. Stał się małomówny i pokorny. Wzorowy więzień. Chwalili go oddziałowi i naczelnicy we wszystkich miejscach jego pobytu.
Tylko oczy jarzyły mu się nieustającym, obłędnym ogniem, a w jego głowie ciągły kołowrót nierozwiązanych spraw, ciemny i chaotyczny obraz świata, wcale po latach nie dający się uporządkować, jeszcze bardziej po latach nie do uporządkowania.
W tym czasie więziennej, powolnej śmierci niemało przeróżnych ludzi przewinęło się przez jego celę. Bywali tutaj długim postojem osadzeni i ci, którzy podczas wojny walczyli w imię tej racji, która teraz nastała. Patrzył na nich osłupiały.
– Dlaczego wy też? – pytał.
Nie wiedzieli.
Bywali również i ci, którzy tamtych oskarżyli i skazali na lata. Też nic nie rozumieli. Przerażeni, złamani. Obchodził ich jak zadżumionych.
Widział też takich, którzy z nim po wojnie walczyli, nową władzę budując i umacniając z fanatycznym oddaniem.
Zrywał się z wyrka, długie godziny przemierzał celę, stukocząc drewniakami.
Właściwie jedni tylko towarzysze więziennej niedoli byli zrozumiali i w jednoznaczny sposób określeni – to Niemcy.
Znosili swój los z rezygnacją i spokojem pokonanych oprawców, zdyscyplinowani i schludni. Traktowali go z rycerskim szacunkiem. Gimnastykę uprawiali, jemu również radząc życzliwie dbanie o sprawność ciała. Tylko spokoju ich sumienia nie mógł zrozumieć Mizerykordia.
A skąpa i fragmentaryczna wiedza o wolności, która docierała tutaj, jeszcze bardziej komplikowała i mąciła jego obraz świata.
Nieraz z powodu tych pytań bez odpowiedzi chwytał się oburącz za głowę, jakby próbując utrzymać rozpadającą się skorupę czaszki, wpatrzony w ten skrawek nieba w okienku, który był wolnością.
Bał się właściwie tamtego świata na zewnątrz murów. Marzył o nim równocześnie.
I skarżył się cichym, nieśmiałym głosem:
– Co ja właściwie miałem w życiu, tylko sama wojna, mogę z zamkniętymi oczyma złożyć i rozłożyć karabin, pistolet, co chcesz, jeszcze w podchorążówce tego się uczyłem, a potem tyle lat strzelałem, bo chociaż skończyła się wojna, przyszli oficerowie i powiedzieli, to wcale nie koniec, dalej bić się trzeba, miałem w piwnicy pukawkę, naoliwioną, w szmaty owiniętą, wyjąłem, płakała moja matka, synku, nic z tego dobrego nie wyjdzie, a później już tylko las, ilu kolegów przez te lata zginęło, z dzieciństwa, z gimnazjum, z podchorążówki, nie było miesiąca, żeby któryś nie odpadł, ale do tego można się przyzwyczaić, zresztą czasu nie było na rozmyślanie, a dziewczyny żadnej nie pamiętam, epizody zdarzały się tylko, ale to wszystko było takie po omacku, po ciemku, twarzy żadnej nie pamiętam, łączniczka Wieśka, tak, ale ona z każdym, jak wypalić papierosa to dla niej, jedną tylko pamiętam, jeszcze przed wojną w podchorążówce, niedziela, dostaliśmy przepustki, poszliśmy na rynek do cukierni, tam córka właścicielki tak na mnie popatrzyła, uśmiechnęła się, ja też do niej, to była bardzo ładna dziewczyna, ale ani słowa z nią nie zamieniłem, patrzyłem, kolega się ze mnie śmiał, teraz, po latach, coraz lepiej jej twarz pamiętam...
Ostatni współtowarzysz Mizerykordii, Franek Kucharz, włamywacz i bandyta, przedwojenny jeszcze kryminalny junak, słuchał tych wspomnień-skarg z kpiącym, pobłażliwym uśmiechem. Tylko sprawą z bronią zainteresował się nieco.
– Nie mów?... – powiedział. – Spluwę potrafisz z zamkniętymi oczami rozłożyć i złożyć, to ci numer... – Potem ziewnął: – Coś zasuń, jak z Niemcami się naparzałeś...
Ale Mizerykordia dalej ciągnął dziwaczną opowieść o jakimś znów innym spojrzeniu dziewczyny, gdzieś w leśniczówce, przyniosła dzban mleka... Więc Franek Kucharz nie wytrzymał smutku i nudy tych spraw ulotnych, migotliwych i nierealnych.
Poprawił się na wyrku i głosem donośnym począł opowiadać o napadach i włamaniach, hulankach dzikich i rozpasanych, dziewczynach łatwych i chętnych. Wdzięki tych dziewczyn z lubością opisywał, śmiejąc się chrapliwie i łakomie.
Słuchał Mizerykordia. Przytakiwał zmieszany i przytłoczony tą witalną siłą Franka Kucharza, kryminalnego recydywisty.
– To było życie... No, nie?! – chełpił się Kucharz.
Godził się posłusznie Mizerykordia, już nieobecny, znowu pogrążony w swoim posępnym, nieuporządkowanym milczeniu.
W wieczór wigilijny natomiast, kiedy podzieliwszy się zdobytym przemyślnie przez Kucharza opłatkiem położyli się na pryczach, nastrój marzeń ich ogarnął.
Franek Kucharz tak marzył: – Może przedterminowo wyskoczę, amnestia jakaś, warunkowe, wiesz... A jak wyskoczę, to zrobię skok najmniej na pół miliona, mniej się nie opłaca, taki skok pewny, przygotowany prawidłowo, a wtedy...
Zamilkł nagle, wzburzony pragnieniem wolności i wielkiego skoku.
Potem Mizerykordia tak marzył: – Może i ja wyjdę kiedyś. Może... Gdzieś do lasu... Do roboty... Na drwala może... Nie, nie dam rady... To może na gajowego... Ptaki, zielono, ładnie... Daleko od ludzi... – Tę nieobecność ludzi w swoim wolnościowym marzeniu bardzo podkreślał i długo jeszcze o lesie mówił. Franek Kucharz już spał mocnym, zdrowym snem.
A gdy pewnego ranka szykowano transport i Mizerykordia również miał zostać przewieziony do innego więzienia, zdarzyła mu się osobliwa przygoda, znów dawny czas wolności przywołująca.
Weszli już na pawilon konwojenci. Strażnik otworzył celę. Wychodzi Mizerykordia. Franek Kucharz poklepuje go na odchodne serdecznie. Konwojent wyciąga z raportówki kajdanki. Mizerykordia wyciąga posłusznie ręce.
Konwojent otwiera kajdanki, coś się zacięło, szarpie. Unosi głowę, spogląda na Mizerykordię nieuważnym wzrokiem. Nieruchomieje. Przybliża swą twarz do jego twarzy. Mizerykordia odpowiedział na to intensywne spojrzenie martwym, obojętnym wzrokiem więźnia.
Konwojent chwyta jego dłoń, ale nie kuje jej w kajdanki, tylko potrząsa nią serdecznie. Zaczyna mówić gwałtownie.
Pochodzili z tych samych stron. Konwojent również był w partyzantce. Tylko w innym oddziale. Ale raz czy dwa brał udział we wspólnej akcji z Mizerykordią. I jak to zapamiętał...
– Wszystko grało, pamięta pan, kapitanie, dojechali do kapliczki, a my tra-ta-ta, jak zaczęliśmy erkaemami kosić, jeden samochód do rowu, oni za samochód, to my granatem brzdęk!... Już się pali... Ale ich wy tłukliśmy... Jak wszy! Oj, kapitanie – już tylko powtarzał, ożywiony tym, jakby młodszy, inny.
Mizerykordia kiwał z lekka głową słuchając konwojenta, oczy jednak pozostały obojętne, nie zapaliły się wcale.
A ręce miał posłusznie do konwojenta wyciągnięte, gotowe. Idealnie regulaminowy, wzorowy więzień. Konwojent, ciągle mówiąc, spojrzał na jego ręce, przeniósł wzrok na kajdanki, które trzymał w lewej dłoni, urwał nagle to wspomnienie odległe i nie patrząc już w twarz Mizerykordii, zakuł mu przeguby w te lśniące sinawo amerykanki.
Marek Nowakowski




Komentarze
Pokaż komentarze