Obama wizytuje nasz kraj. W atmosferze dużych oczekiwań, pogłosek, że zmienił front w stosunku do Rosji, że to i tamto. Z ocenami proponuję się jednak nieco wstrzymać.
Pewno, że pododdział lotników amerykańskich w Polsce i przylatujące do nas czasowo, „rotacyjnie”, co jakiś czas samoloty (pewno nieuzbrojone), to lepiej niż nic. Ale mówiąc szczerze – b. mało. Nie wiadomo też, czy definitywnie podpisze się porozumienie. Jeśli byłaby to umowa ustna, powiedziałbym: poczekamy, zobaczymy.
Jak z tarczą, która jest na razie projektem amerykańsko-rumuńskim, na co Rosja jak zawsze się wścieka. Poza tym istnieją plany NATO-wskie, ale rozmowy z Moskwą na ten temat trwają.
Z innymi wnioskami dotyczącymi np. zagadnień ekonomicznych też warto zaczekać. Wyniki wizyty najlepiej podsumować po jej zakończeniu. Natomiast pewne jest, że Obama będzie dużo mówił o promowaniu demokracji, chwalił Polskę itd. – co będzie zupełnie bez znaczenia, ale z pewnością zostanie niesamowicie nagłośnione. Już sugeruje się, jak wielka to sprawa – uściśnięcie dłoni Obamy. No, i pamiętajmy, że nadal mówimy o tzw. celebrity. Ciekawe będzie porównanie przyjęcia Obamy w Polsce i w W. Brytanii. Polacy są b. źle poinformowani nt. Obamy.
Pewną ciekawostkę stanowi fakt, że na szczyt szefów państw Europy Środkowo-Wschodniej z inicjatywy władz RP zaproszono prezydenta Niemiec (ale Miedwiediewa nie). Może symbolem wizyty będzie też pogawędka Obamy o demokracji z Wałęsą? Ale oczywiście naprawdę chciałbym, by mój sceptycyzm był nieuzasadniony.
Ale np. przemówienie Obamy w sprawie Bliskiego Wschodu pełne było banałów nt. „szerzenia demokracji” itd. Oferował Egiptowi miliardy (i skasowanie długów), nie zważając zupełnie na to, co się tam dzieje. W Libii jest natomiast po staremu, a naprawdę stanowczemu stanowisku wobec Syrii sprzeciwia się w ONZ Moskwa. Premier Izraela – chcący rozmów z Palestyńczykami bez warunków wstępnych, za wyjątkiem jednego: uznania raz na zawsze prawa państwa żydowskiego do istnienia – otrzymał cios. Obama stanowczo ogłosił potrzebę powrotu do granic z 1967 r. Nie wydaje się, aby ta deklaracja ruszyła „proces pokojowy” (amerykański wysłannik G. Mitchell właśnie zrezygnował) lub przyspieszyła prawdziwe powstanie tego państwa.
Wybory, walki budżetowe
Wielki hałas zrobiony wobec kandydatury miliardera Donalda Trumpa, był – jak należało się spodziewać – chwilowy. Wycofał się. Nie będzie nawet kandydatem niezależnym.
Zrezygnował też mimo niezłych notowań Mike Huckabee, który w 2008 r. tak długo nie chciał się wycofać z wyścigu z McCainem. O ile nie zadeklaruje się, i to niedługo, gubernator Indiany Mitch Daniels, stawka republikańska wcale nie będzie tak liczna (przynajmniej jeśli chodzi o tzw. pierwszy szereg kandydatów).
Oficjalnie zgłosił swoją kandydaturę Newt Gingrich; zdaniem niektórych najbardziej niedoceniony kandydat; już jego udział w debatach bardzo zwiększy ich rangę i poziom. Tim Pawlenty często odwiedza dwa pierwsze przedwyborcze stany: Iowa i New Hampshire, ale w skali kraju ma nadal notowania niewysokie. Znów wracamy więc do Mitta Romneya – jest on jednak za swoją „reformę zdrowotną” w Massachussets, której skrytykować nie chcę, już teraz niezwykle ostro atakowany.
Kampania Obamy jest już wysoce zaawansowana – stale jeździ po kraju (i zbiera wielkie pieniądze, co nie jest bez znaczenia), ale jego mowy przepełnione pompą i medialnym hałasem w zasadzie niczego nie wnoszą. Niby częściowo idzie na kompromisy, ale to raczej pozory. Nie zmienia swojej filozofii.
Będzie pierwszym prezydentem, którego wszystkie budżety przewidują coroczny trylionowy deficyt. Będą dwa czy trzy razy wyższe od tych Busha (nawet ostatniego, gdy w grę wchodził ogromny tzw. bailout).
Natomiast dług publiczny Ameryki, który też urósł bardzo dopiero w ostatnim roku prezydentury Busha, Obama zdążył zwiększyć już ponaddwukrotnie. W tym ostatnio powiększył o 25 proc. wydatki niezwiązane z kosztami podstawowych świadczeń społecznych, czyli zbędne.
Sekretarz skarbu Tim Geithner różnymi trickami spowodował, że wielka batalia o tzw. limit długu nieco się oddaliła. Na ogół jest to rutynowa sprawa, ale tym razem Republikanie powiedzieli stop. Trzeba naprawdę ograniczyć wydatki rządu, uczynić rzeczywisty pierwszy krok. Administracja straszy katastrofą, Republikanie twardo stoją na swoim stanowisku. Twierdzą, że jeśli fiskalnych szaleństw rzeczywiście się nie ograniczy, konsekwencje za parę lat będą dla USA naprawdę tragiczne.
Będzie więc to niesłychanie ostra próba nerwów i woli. Warto tu odnotować dwie ciekawostki: 1. Obama w swoim pierwszym roku, jako senator, należał do grupki (ultralewicowej), która głosowała przeciw podwyższeniu tego limitu 2. Mimo straszenia zdecydowana większość Amerykanów jest przeciw (!) podwyżce tego limitu bez ustępstw ze strony Obamy. Czy nastąpią?
Podobnie jak w innych kwestiach Obama zajmuje stanowisko: ustąpię o 10 proc, wy o 90. Tak jest we wszystkim: jego kompromis w kwestiach energetycznych jest nad wyraz wątły; żadnego całościowego planu wciąż nie ma.
Nie pomaga przywoływanie J.F. Kennedy’ego, który w 1962 r. był ostatnim prezydentem demokratycznym, który obniżył podatki (i przychody z nich wzrosły). Obama wciąż operuje demagogią o konieczności „dowalenia bogaczom”, chociaż podwyżka dotknie wielu więcej Amerykanów i do żadnego rozwoju się nie przyczyni. A ogromna większość Republikanów złożyła przysięgę (pledge), że żadnej podwyżki podatków nie zaakceptuje.
Potem będzie batalia o budżet 2012 r. Republikański plan Paula Ryana wcale nie jest radykalny. Chce m.in. zmienić przepisy dotyczące tzw. Medicare (programowi literalnie grozi bankructwo), ale za jakiś czas i tylko dla osób, które dziś nie skończyły 55 lat. A Demokraci bezczelnie i dość bezkarnie straszą dzisiejszych seniorów, że ohydni Republikanie od jutra skasują cały program!
Tematyka budżetowo-finansowa z pewnością nie należy do najbardziej pasjonujących, ale jest to dziś w Ameryce najważniejsze, od tego zależy wynik wyborów (o bin Ladenie nikt już prawie nie mówi).
Coraz ciekawiej
Tekst ten jest mniej obszerny, niż planowałem. Pewne rzeczy o Obamie i obamizmie będę chciał jeszcze powiedzieć. I w ogóle częściej pisać o Ameryce.
Warto wszakże pamiętać (co u nas jest trudno zauważalne): Obama przegrał wybory 2010 będące plebiscytem nad jego prezydenturą, a Kongres republikański trzyma kasę.
Republikanom nie będzie jednak łatwo: zwiększają się nagle „niepewne miejsca” w Senacie, bo niektórzy senatorzy zgłaszają chęć przejścia na emeryturę. W Wisconsin Komitet Republikański próbował nawet namówić Paula Ryana, by ubiegał się o miejsce w Senacie. Po namyśle odmówił; ze swej kluczowej misji budżetowej w Izbie Reprezentantów zrezygnować nie chce.
W tym samym stanie GOP odnotowało jednak sukces: dodatkowe wybory dały najwyraźniej zwycięstwo (trwają jeszcze spory) konserwatywnemu sędziemu i zamierzenie gubernatora Scotta Walkera – zniesienia przywilejów pracowników sektora publicznego zakończy się pewno sukcesem.
Polityczny bieg spraw w Ameryce staje się coraz bardziej pasjonujący. Już całkiem niedługo nastąpi seria debat kandydatów republikańskich na prezydenta Ameryki, a pierwsze prawybory będą miały miejsce na samym początku 2012 r.
Niezależnie od wyniku wszystkich przyszłorocznych elekcji obecnie to Republikanie (a nie Obama) mają inicjatywę.
Jacek Kwieciński




Komentarze
Pokaż komentarze (1)