Zbigniew Hołdys słusznie zauważył, że propozycja Tuska co do debat w kampanii wyborczej to najważniejsze wydarzenie w Polsce od 20 lat. Z kolei powstanie bloga Kasi Tusk to najbardziej doniosła decyzja kobiety od czasu, gdy Dobrawa nakłoniła Mieszka I do chrztu Polski. A wyjazd Michała Tuska do Chin to najważniejsza polska eskapada od czasów odsieczy wiedeńskiej. Historia dzieje się na naszych oczach.
Czegoś nie rozumiem. Jako dzieciak zbierałem ślimaki. Chodziłem po nie do poznańskiego Parku Sołackiego. Karmiłem sałatą, polewałem wodą, urządzałem im wyścigi po desce. Mama zabroniła mi trzymać je na balkonie, kiedy zaczęły włazić do domu. Ślimaki miały piękne kolorowe muszle. I komu to przeszkadzało? Od kiedy rządzi PO, napotykam tylko ohydne ślimaki bez muszli. Czyżby ci złodzieje okradli je z domów? Nieracjonalne przypuszczenie? W przypadku tej partii nie tak nieprawdopodobne okazywały się prawdziwe. Ufam doświadczeniu i intuicji.
Czy to już przygotowania do nowego stanu wojennego? „Press” ustalił, że człowiek, o którym Jacek Kaczmarski śpiewał w „Marszu intelektualistów”, iż po 13 grudnia zamienił pióro na pałkę, jest najwybitniejszym polskim felietonistą. Chodzi o Daniela Passenta: „Dżentelmen pióra... ma wszelkie papiery, by stać się mędrcem narodowym”. Pora teraz na plebiscyt na temat pisarzy. Faworytem jest niezwykle płodny Wojciech Jaruzelski. Literaturoznawcy mogą wdać się przy tej okazji w spór, czy bardziej dżentelmeńskie jest jego dzieło „Przeciw bezprawiu”, czy też „Historia nie powinna dzielić”.
Czytam, że w wyborze wzięły udział „miesięczniki lifestylowe”. Ki diabeł? Ponoć to te, w których brylują Agata Passent i Monika Jaruzelska oraz dziennikarze kulinarni, którzy wybrali niegdyś Tomasza Lisa dziennikarzem roku. Ten nie jest jeszcze aż tak gentelmeński jak Passent, ale niewątpliwie nosi pałkę w tornistrze. Tfu, oczywiście buławę.
Poza wszystkim – co na to Lech Wałęsa? Passent mędrcem?! Toż to wchodzenie mu w paradę.
Zabawnie działa zasada „uderz w stół, a nożyce się odezwą”. Napisałem tydzień temu, że powinniśmy być w „GP” „bardziej szowinistyczni wobec różnych nowo nawróconych, nowo zradykalizowanych”. Oraz że do rządu dusz w naszym obozie powinny być dopuszczane „wyłącznie osoby, które w czasie bardzo wielu lat działalności poddane były próbie i potrafiły oprzeć się pokusie przyspieszonej kariery. Np. w roli koncesjonowanej opozycji”. Kto w odpowiedzi zezłościł się i zarzucił mi „propozycję weryfikacji dziennikarzy i blogerów ą la Wojciech Jaruzelski”? Niejaki „zaprzyjaźniony komar” z portalu wPolityce.pl braci Karnowskich. Czy pisząc te słowa myślałem o Karnowskich? Szczerze? W ogóle rzadko o nich myślę. Natomiast o komarach – często, bo siedzę na Podkarpaciu blisko rzeczki. I nie przyjaźnię się z nimi. Pac i nie ma.
A propos Karnowskich, to przez Jacka rozterki przeżył ostatnio bloger Rolex, potraktowany przez niego z pozycji dziennikarskiej wyższości: „Byłem święcie przekonany, że Karnowski to aktor grający w serialach, dlatego nie mogłem znaleźć, bo nie siedzę za mocno w polskich serialach, a szczerze mówiąc wcale. Szukałem w internetowych zajawkach z »Plebanii«, bo tak mi się skojarzyło. Potem pomyślałem, że on musi być jednym z sekretarzy stanu u Grabarczyka. Znów pudło. Wreszcie zapytałem i mi powiedziano, że dziennikarz”. Zaliczył on go do „miłych chłopców, którzy chcą pisać prawdę, ale tylko taką, za którą ich z roboty nie wypieprzą albo, nie daj Boże, nie będą chcieli gościć w budach warszawskich elit”. No to żeś pan narozrabiał, panie Rolex. Teraz Karnowski będzie musiał pisać ostro, by pokazać, że mu na budach nie zależy. A wtedy go z nich wypieprzą. I gdzie polezie? Koniec końców trafi do mnie pod most. OK, wpuszczę chłopa, mam dobre serce i urazów nie żywię. Tyle że pod mostem jest masa świeżego powietrza. Nie jestem pewien, jak organizm przyzwyczajony do dusznej atmosfery zareaguje na taki szok.
„Wiech” pisał w II RP w „Kurierze Czerwonym”, porównywanym do współczesnych tabloidów. Był piewcą wartości ulicy. Współtworzył warszawską gwarę. Był po stronie ówczesnych kiboli. Mamy zacząć wydawać „Gazetę Polską Codziennie”. Ideą przyświecającą nam jest przekonanie, że naturalnym sojusznikiem obozu niepodległościowego nie jest establishment, lecz ulica. Czy potrafimy rywalizować na tym rynku? Nie, będziemy na nim nowicjuszami. Cała robota spadnie na Państwa. Będziecie zmuszeni przyzwyczaić się do codziennego kupowania gazety. I namawiania sąsiadów. Nie każdy sąsiad harujący od rana do nocy ma czas czytać tygodnik z długimi tekstami. Ale tabloid – czemu nie? Wzywam do mobilizacji. Kto nie kupi nowego dziennika, ten zdrajca i stoi tam, gdzie stało ZOMO.
Bogdan Lipowicz – tak nazywa się sprawca największego skandalu w środowisku „Gazety Polskiej”. Działa on w jej poznańskim klubie, bierze też udział w happeningach Akcji Alternatywnej Naszość. Tymczasem teraz okazało się, że jest on... wielbicielem prof. Romana Kuźniara, doradcy Komorowskiego! Lipowicz uwielbia go tak bardzo, że pokonał aż 600 km, by się z nim spotkać. Wyżej podpisany przyuważył go na Podkarpaciu, które przemierzał on na rowerze. Wybierał się na Beskidzki Rajd Śladami Dwóch Kardynałów. Niby pięknie. Zwiedzamy miejsca, gdzie bywali Karol Wojtyła i Stefan Wyszyński, przy czym ten drugi niedobrowolnie („odosobnienie” w Komańczy). Wystarczyło jednak zajrzeć w Ggoogle i prawdziwe intencje kolegi Bogdana wyszły na jaw: rajd okazał się prowadzić Kuźniar. Zdemaskowany Lipowicz robił wrażenie przerażonego. Tłumaczył, że na plakatach nic o Kuźniarze nie było. Demonstracyjnie zrezygnował też z udziału w rajdzie i udał się na piwo, chytrze wciągając w jego konsumpcję wyżej podpisanego. Ale ja mu nie wierzę. 600 km, by spotkać się z Kuźniarem – to musi być prawdziwa miłość.
W Bieszczadach nie milkną echa pobytu Ryszarda Kalisza. Oprowadzał go GOPR, bo załatwił on dla niego pieniądze. Poseł wybrał się też na Połoninę Wetlińską, ale brzuch swój doniósł tylko do lasu i dalej GOPR musiał wieźć go quadem. Dziwi spokojna reakcja na takie hałasy bieszczadzkich niedźwiedzi oraz wilków.
Piotr Lisiewicz


Komentarze
Pokaż komentarze (9)