Publikacje Gazety Polskiej Publikacje Gazety Polskiej
787
BLOG

Scenariusz rosyjski

Publikacje Gazety Polskiej Publikacje Gazety Polskiej Polityka Obserwuj notkę 0

Rozumując etapami, wedle tego scenariusza ważniejsze jest poskromienie „Rzeczpospolitej” z jej niezwykle interesującą ofertą, aniżeli likwidacja lub przejmowanie kontroli nad „Gazetą Polską” czy „Naszym Dziennikiem”. „Scenariusz rosyjski”, przynajmniej w aktualnej fazie, dopuszcza istnienie nieskrępowanej dyskusji w wyznaczonych granicach

Tuż po jesiennych wyborach parlamentarnych w Polsce moją uwagę przykuły dwa artykuły. W „Naszym Dzienniku” Jan Filip Staniłko w tekście pt. „Saska Polska” wysunął tezę o kresie „diagnoz stawianych na bazie dyskursu o postkomunizmie”. W jego opinii, w odniesieniu do Polaków powinniśmy mówić o „syndromie sarmackiego indywidualizmu i apaństwowości”. Staniłko stwierdził ponadto, że „Jarosław Kaczyński nie będzie drugim Viktorem Orbánem”.

Podobnie uważa redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”, Paweł Lisicki, wyrażając swój pogląd już w tytule: „Warszawa to nie Budapeszt”. Lisicki również zdiagnozował syndrom, jednakże wskazał go po stronie polityków opozycji parlamentarnej – „syndrom mitu smoleńskiego”. Ów właśnie, w jego opinii, spowodował klęskę PiS, ponieważ w odróżnieniu od Fideszu Orbána polska opozycja nie stała się bardziej „platformerska”, czyli nie położyła „nacisku na przedsiębiorczość, modernizację i reformy gospodarcze” …

Życzliwa analiza

Artykuł Staniłki w odróżnieniu od felietonu Pawła Lisickiego jest bardzo staranną analizą wyniku wyborczego. Skrzywdziłbym mojego kolegę z łamów „Arcanów”, lekceważąc zasadniczą część jego wywodów, a tej nie brakuje rozsądnych uwag. Pokazuje na liczbach, że PiS nie zdobył wyborców w miastach. Dostrzega, że duża część młodzieży oraz elektoratu Samoobrony swój żal do władzy utopiła w akcie oddania głosu na formację antyklerykalną oraz pozornie opozycyjną i antysystemową.

Przypomina, że czołowym politykom PiS brakuje umiejętności obrony własnych poglądów i stanowiska partyjnego we wrogich im stacjach telewizyjnych. W związku z powyższym brakuje też w partii ludzi, którzy pełniliby z powodzeniem rolę „skrzydeł”, ściągając na siebie ogień odpowiedzialności w trudnych dyskusjach, wyręczając tym sposobem nadmiar wystąpień lidera.

Z wcześniejszego artykułu Staniłki, opublikowanego na początku tego roku w „Arcanach” pt.: „Szkic do strategii Prawa i Sprawiedliwości do 2015 r.”, warto pochylić się nad uwagą o „partyjnej oligarchii posłów i samorządowców, dbających o stabilne poparcie dla siebie, ale nieskutecznych w powiększaniu poparcia dla partii jako całości”. Autor podrzuca nam też interesującą opinię, jakoby „w elektoracie PiS wyraźnie nadreprezentowani są przedsiębiorcy, szczególnie mali i średni”.

Te cenne uwagi prawdopodobnie nie wyczerpują problemu z gatunku: „co trzeba”. Tekst Jana nie koi pragnienia dowiedzenia się „jak to zdziałać” bądź „czym zawojować”, nie miał raczej takiego założenia.

Kryształowa kula

Obaj autorzy, Staniłko i Lisicki, wykluczają prawdopodobieństwo zaistnienia w Polsce „scenariusza węgierskiego”.

Warto zauważyć i podkreślić, że od tego miejsca nie analizują już namacalnej przeszłości, lecz ledwo dostrzegalną przyszłość. Jan dodatkowo może sparzyć się na przewidywaniu „końca” czegokolwiek i podzielić rozczarowanie z propagatorami „końca historii” Heglem i Fukuyamą.

„Jarosław Kaczyński nie będzie drugim Viktorem Orbánem” – stwierdza kategorycznie Staniłko. „Czy lider PiS to polski Victor Orban? Trudno w to uwierzyć” – rzuca Lisicki. Obaj autorzy zakładają, że lider PiS wypowiadał się dosłownie i przenosił „scenariusz węgierski” do Polski. Skupiając się na politycznych detalach, wywodzą niemożność odtworzenia węgierskiej „drogi” nad Wisłą. Jan stwierdza, iż Orbán po przegranych wyborach w 2006 r. umacniał się w samorządach, a naczelny „Rzeczpospolitej” pisze, że Fidesz należy do innej niż PiS grupy w Parlamencie Europejskim.

Oba sposoby argumentacji, jako że przed nami stoi kryształowa kula, łatwo podważyć, zapytując, na jakiej podstawie autorzy porównują polską i węgierską sytuację w samorządach i w Brukseli, skoro tam i u nas występują zupełnie odmienne: historia, rozkład mniejszości narodowych i wyznań oraz nieporównywalna liczba ludności, a poza tym Polska i Węgry różnią się między sobą wielkością i położeniem geograficznym, dzięki czemu Węgrzy mają sympatyczniejszych sąsiadów, mówią po węgiersku i robią lepsze wino…

Scenariusz

Z artykułów Staniłki i Lisickiego wynika, iż przeświadczeni są oni o tożsamości rozwojów wypadków w Polsce i na Węgrzech. Przesuwają je jedynie na osi czasu. Uznają mianowicie zwycięstwo Fideszu z 2010 r. za spóźniony odpowiednik zwycięstwa PiS i PO w 2005 r. nad kontynuacją partii prosowieckiej – SLD oraz ideowym ośrodkiem postkomunizmu – „Gazetą Wyborczą”.

Ale jak podług tego przykładu interpretować „rewolucję róż” z 2003 r. w bogatej w tradycje antybolszewickiej Gruzji, „pomarańczową rewolucję” z 2004 r., na znacznie bliższej terytorialnie Polsce, Ukrainie i „tulipanową rewolucję” w odległym Kirgistanie? Nie pomijając naturalnie faktu obecnej resowietyzacji Ukrainy, nastania w Gruzji autorytaryzmu Saakaszwilego i powtórnej rewolucji w Kirgistanie w 2010 r., która to dopiero przyniosła systemowe zmiany. Jako rok 1989 czy 2005?

O ile pamiętam w 2005 r. nie było w Polsce na ulicach masowych protestów, a wydarzenia nie angażowały ludzi na taką skalę, jak to miało miejsce na Węgrzech, na Ukrainie i w Gruzji. Wydaje mi się, że „rewolucja polityczna” związana z „aferą Rywina” odbywała się bardziej na ekranach telewizorów niż na ulicach. Była kreacją medialną, czego dowodzi brak rewolucji np. po „aferze hazardowej”.

Ale czym ta „rewolucja” była tak naprawdę? Czy procesem, który można przewidzieć, obliczyć, wyliczyć? Czy też może ktoś powiedział za dużo, ukradł za dużo czy posunął się o krok za daleko… bęc… i poszła lawina? Nawet jeśli za 5 lub 50 lat znalazłby się „twardy” papier na to, że Sierpień’80 był inspirowany przez ekipę jednego prosowieckiego decydenta przeciwko drugiemu, że bliźniaczo rozpoczynały się wymienione wyżej „rewolucje”, pytanie brzmi: czy „prowokator” był w stanie i pokierował nimi w pełni, przewidziawszy zrazu ich następstwa?

Nawet w przypadku istnienia jakiegoś ukrytego scenariusza niezmiernie istotny pozostaje czynnik autentycznego napięcia społecznego, czynnik energicznego lidera czy sytuacji na arenie międzynarodowej (czy dziś w Europie i w USA byłby dobry klimat na „pomarańczową rewolucję?”) etc. Czynnik opisujący niewiadomą, na którą każdy lider polityczny, nawet jeśli sam nie „inspiruje”, może liczyć, więcej – powinien być przygotowany, użyźniając równocześnie grunt pod najmilszy mu scenariusz.

Jaki scenariusz

Nie zamierzam przekonywać czytelnika do „scenariusza węgierskiego”. Jedynie do traktowania przewidywań polityka niezgorzej niż przewidywań dziennikarza i uczonego – głównie ze względu na skąpość „materiału badawczego” dotyczącego przyszłości. Tym mocniej, że „scenariusz węgierski” trwa dopiero od roku.

Na łamach „Nowego Państwa” dręczę czytelników widmem scenariusza, który w mojej opinii, jako jedyny do tej pory w pobliżu granicy z Polską zrealizował się – „scenariusza rosyjskiego”. W tym kierunku mniej więcej od roku zmierzamy. Naturalnie „scenariusz rosyjski” w Polsce zasadniczo różniłby się, gdyby się sprawdził tam, gdzie idzie o status państwa: siłę armii i gospodarki, pozycję międzynarodową politykę historyczną i wyznaniową czy walkę z depopulacją, ale na to wpływa już wynik dumania: Kto jest w czyjej strefie wpływów?

Scenariusz rosyjski

Od zamknięcia się 10-letniego okresu „oligarchicznego” w okolicach roku 2000 w Rosji nastał 10-letni okres budowy państwa quasi-totalitarnego.

Władze Rosji i sprzyjające im media coraz częściej dochodzą do wniosku, że politykom opozycji towarzyszy choroba psychiczna. Wymienię tylko przypadek Alberta Imiendajewa, który nie zdążył wystartować w 2005 r. w wyborach, ponieważ na krótko przed aktem wyborczym został aresztowany i wysłany do szpitala psychiatrycznego po „diagnozę”, czy Łarisy Arap z partii Inna Rosja Garriego Kasparowa, walczącej z nawrotem „psychuszek” także od środka – strajkiem głodowym, po tym jak milicja umieściła ją w jednej z nich.

Inną formą walki z opozycjonistami oraz finansującym ich biznesem są oskarżenia o nadużycia finansowe (Chodorkowski), „szpiegostwo” (Igor Sutjagin, Walentin Daniłow), „chuliganizm” i „ekstremizm”. Skrajną, ale spotykaną formą samosądów są pobicia i skrytobójstwa.

W teorii media drukowane wciąż są wolne. Bez problemu można otworzyć gazetę, ale znalezienie sponsora czy reklamodawców w Rosji, którzy chcą nagrabić sobie problemów, graniczy z niemożnością. Niszowe media, które pozostały „na wolności”, spełniają rolę piorunochronów dla sterowanego „gniewu ludu” i pigułki na kaca moralnego Zachodu.

Zawsze z pretensjami można zgłosić się do jednej z trzech najważniejszych partii opozycyjnych: komunistycznej, Liberalno-Demokratycznej (tylko z nazwy) Władimira Żirinowskiego i Sprawiedliwej Rosji. Ostatnia powstała z poparciem Kremla w 2006 r. jako socjaldemokracja i służy teraz swoim poparciem Władimirowi Putinowi.

Innym adresatem skarg może być któraś z tzw. NGOs – organizacji pozarządowych, lecz odkąd w 2006 r. Putin ustanowił „monitoring” NGO-sów przez Ministerstwo Sprawiedliwości, nawet organizacje międzynarodowe wolą nie narażać się władzom. Putin może nie przedłużyć koncesji lub nawet oskarżyć o nadużycia finansowe.

Anomalia

Największą anomalią lub przeszkodą na drodze do realizacji „scenariusza rosyjskiego” bądź „quasi-rosyjskiego” jest istnienie silnej partii opozycyjnej, niepodobnej do Sprawiedliwej Rosji. Dlatego choć ważne są analizy m.in. Jana Filipa Staniłki, priorytetem pozostaje trwanie w Polsce i przetrwanie takiej siły. Zgadzam się, że kierownictwo Fideszu potrafi lepiej niż PiS lawirować na salonach, zna obce języki, ma kilku złotoustych polityków (takich od mówienia z sensem, a nie od wyzewnętrzniania się na wizji) i jest obeznane z procesami przebiegającymi w świecie postkomunistycznym, jak i na Zachodzie, ale jak pisałem, Węgrzy robią lepsze wino…

Najistotniejsze w przypadku Fideszu jest to, iż trzyma się mniej więcej tego samego programu od 1998 r.

Każdy przychylny polskiej racji stanu człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że kierownictwo partii opozycyjnej potrzebuje zastrzyku „odmłodzenia”, czy jak kto woli, „odświeżenia”, ale gdy przypominam sobie nazwiska niedoszłych i hipotetycznych „reformatorów” PiS oraz nazwiska szefostwa partii władzy z drugiej strony, nie potrafię znaleźć tych „obeznanych ze światem i biznesem wielojęzycznych »selfmademanów«”.

Doradzanie szefowi partii opozycyjnej pozbycia się jego najbardziej zaufanych współpracowników i zastąpienia ich specami od opakowania pachnie stylem zarządzania, którego nie pojmuję. Otaczanie się stadem speców od zakamuflowania felernego towaru jest dla mnie „populizmem”, z którym spotykałem się na „ruskich” bazarach, gdy potrzebowałem wymienić kartridż do stacji gier PEGAZUS.

Syndrom mitu smoleńskiego

Staniłko i Lisicki różnią się w jednej zasadniczej kwestii. Tutaj trzymam stronę Jana. Redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” uważa bowiem, iż katastrofa smoleńska ciąży partii opozycyjnej, nie zaś rządzącej. Ja uważam, że w jakimś sensie ciąży ona również redaktorowi.

Wypowiedział się na jej temat już 20 kwietnia 2010 r. Pisał wówczas o ludziach, którzy „nie mogąc znieść tragedii, szukają sami sprawiedliwości, szukają kogoś, kto za to ponosi odpowiedzialność, kto to ukartował”. Przestrzegał, aby „retoryka pogrzebowa” nie „opanowała debaty politycznej”.

29 kwietnia w felietonie „Walka na mity, walka o śmierć” pisał o zwolennikach „mitu”: „(…) Najczęściej można go znaleźć na łamach »Naszego Dziennika« lub w internecie – widzą w katastrofie zamach, prawdopodobnie efekt spisku władz rosyjskich. (…) Szkoda tylko, że zwolennicy tezy o zamachu nie są w stanie wskazać, jakimi motywami mieliby się kierować jego ewentualni organizatorzy. By przeprowadzić taki zamach, Rosjanie musieliby być absolutnymi szaleńcami”. O niewinności Rosjan przekonywał także 6 maja. Stwierdzał wtedy, że dla „teorii spiskowych” nie ma: „racjonalnego uzasadnienia”.

12 lipca pisał o „przypadkowej tragedii”, której „nie wolno” zestawiać z ofiarą życia polskich oficerów zamordowanych m.in. w Katyniu w 1940 r., a 8 sierpnia w felietonie „W odpowiedzi Jarosławowi Kaczyńskiemu o »wypadku pod Smoleńskiem«” podkreślał, iż „brak … związku między przyczyną – niegodnym traktowaniem (Lech Kaczyński), a skutkiem – śmiercią w wypadku pod Smoleńskiem, można ukrywać albo odwołując się do mętnej retoryki parareligijnej, albo do spisku”.

24 września już bardziej zniecierpliwiony pisał, iż Rosjanie nie spieszą się, by zabezpieczyć wrak tupolewa, gdyż zauważyli „do jakiego stopnia polski rząd i premier stali się zakładnikami własnej strategii”. „Wreszcie widać, kto tu jest górą” – podsumowywał smutno, lecz 5 listopada uznawał zwłokę rosyjskiej i polskiej strony za przyczynę „teorii spiskowych”: „Jak to możliwe, pytam, że tylu ludzi w Polsce wciąż wierzy, że katastrofa smoleńska to był zamach. (…) Czas mija, śledztwo trwa, komisje działają, dowodów brak”, a dwa tygodnie później w felietonie „Śmiertelnie groźny mit” przypominał swoje proroctwo wypowiedziane tydzień po katastrofie: „Mit smoleńskiego spisku wydaje mi się zatem śmiertelnie groźny dla polskiej prawicy”.

Ewolucja

17 grudnia po wysłuchaniu mowy senatora Johna McCaina Paweł Lisicki przeszedł jakby ewolucję, przynajmniej w ocenach „motywów” Rosjan. McCain opowiadał uczestnikom spotkania o bezprawiu panującym w Rosji Putina. Lisicki powtórzył więc w felietonie słowa senatora, że Rosji „nie wolno ufać (…), a wszelkie próby jej zagłaskiwania, patrzenia przez palce na dokonywane w niej jawne łamanie prawa muszą się skończyć dla Zachodu tragicznie”. „Jeśli dobre stosunki Polski z Niemcami i Rosją mają polegać na trosce o siłę Rosji – pisał już od siebie – to ja dziękuję. Nawet za wspólne zdjęcia z przywódcami dziękuję. Wolę już McCaina z jego hipokryzją”.

12 stycznia 2011 r. po słynnej konferencji MAK w sprawie „katastrofy” redaktor pisał tak: „Rosjanie nawet nie próbowali odpowiedzieć na kilka kluczowych pytań. (…) Zamiast tego, Rosjanie przedstawili swoją wersję wydarzeń. (…) Szkoda, że Rosjanie nie potrafili zdobyć się na bezstronność”. 21 stycznia jak poniżej: „Rosjanie zamiast przyjaźni wolą władzę, a już szczególnie jej okazywanie”. 21 lutego jeszcze żałośniej: „Szkoda, że rząd niczego się nie nauczył. Wciąż te same stare sztuczki i polityka mydlenia oczu”. 4 kwietnia pisał również pod adresem rządu, że, blokując budowę pomnika, „utrudnia rzeczywiste pojednanie”.

8 kwietnia Paweł Lisicki był bardziej wyrozumiały dla „bólu” cierpiących na „syndrom mitu smoleńskiego”: „O ile w przypadku Warszawy łatwo wskazać błędy i bałagan, o tyle musi uderzać konsekwencja w zachowaniu Rosjan. (…) Oto powód, sądzę, przedłużonej smoleńskiej żałoby. (…) W znacznym stopniu to jednak, sądzę, znak sprzeciwu”. 18 kwietnia potępiał część „polskich komentatorów”: „(…) Na wstępie zastrzegali, że trzeba zrozumieć Rosjan. Pal sześć lekceważenie uczuć ofiar rodzin – najważniejsze to rozumieć Rosjan” – pisał oburzony. Z kolei 29 kwietnia już wcale nie twierdził, że „teorie spiskowe” nie mają „racjonalnego uzasadnienia”. Wówczas redaktor był na etapie ich badania: „Właśnie rzetelność każe ze szczególnym krytycyzmem badać tezę o spisku”.

Jak pamiętamy ze wstępu, po ostatnich wyborach Lisicki ponownie docenił problem „syndromu mitu smoleńskiego”.

Trwanie

W wyniku zbyt pospiesznego zdiagnozowania „syndromu mitu smoleńskiego” przez redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”, być może ze stratą dla sprawy, dziennik nie włączył się do wywierania nacisków na polski rząd i do wyjaśniania przyczyn „katastrofy” z podobnym impetem co mniej wpływowe „Gazeta Polska” i „Nasz Dziennik”.

Mimo iż powstrzymuję swoją śmiałość w osądach – zresztą m.in. wiek na nią nie pozwala – będę przekonywał do groźby domknięcia się „scenariusza rosyjskiego”. Czynię to, odkąd w dniu „katastrofy smoleńskiej” napisałem dla „Gazety Polskiej” o Rosji to, co Lisicki usłyszał od McCaina. Chciałbym naturalnie także, aby opozycja przykuła do niej swoje oko, zmniejszając napięcie na innych granicach, wkraczając z konkretnym komunikatem na europejskie salony.

Rozumując etapami, wedle tego scenariusza ważniejsze jest poskromienie „Rzeczpospolitej” z jej niezwykle interesującą ofertą, aniżeli likwidacja lub przejmowanie kontroli nad „Gazetą Polską” czy „Naszym Dziennikiem”. „Scenariusz rosyjski”, przynajmniej w aktualnej fazie, dopuszcza istnienie nieskrępowanej dyskusji w wyznaczonych granicach.

Redakcja „Rzeczpospolitej”, tak jak to czyni dzisiaj, winna chyba życzyć partii opozycyjnej, aby trwała w takiej kondycji jak dziś, nawet jeśli z jej kierownictwa nie znikną pomarszczone twarze i pomięte garnitury. Kolor krawata może zwodzić widzów, lecz nie powinien bałamucić obserwatorów. Jak bowiem stwierdził Jakub Berman w rozmowie z Teresą Torańską, jednym z sukcesów komunistycznych „reformatorów” po wojnie było wyrugowanie polityków „XIX-wiecznych” …

Paweł Zyzak

JESTEŚMY LUDŹMI IV RP Budowniczowie III RP HOŁD RUSKI 9 maja 1794 powieszeni zostali publicznie w Warszawie przywódcy Targowicy skazani na karę śmierci przez sąd kryminalny: biskup inflancki Józef Kossakowski, hetman wielki koronny Piotr Ożarowski, marszałek Rady Nieustającej Józef Ankwicz, hetman polny litewski Józef Zabiełło. Z cyklu: Autorytety moralne. В победе бессмертных идей коммунизма Мы видим грядущее нашей страны. Z cyklu: Cyngle.Сквозь грозы сияло нам солнце свободы, И Ленин великий нам путь озарил Wkrótce kolejni. Mamy duży zapas.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka