Pomijając wiele różnych argumentów, które mógłbym dziś podać to myślę, że miał znaczenie min. taki pozornie błahy moment w okresie dziecinnego, czy też nastoletniego buntu.
Gdy byłem w wieku lat nastu, różne czasem skrajne i przeciwstawne koncepcje przejeżdżały przez mą głowę jak pociągi pośpieszne. Idea świata bez Boga była jedna z tych, które pojawiły się więcej niż raz i wydawała się bardzo kusząca, a zarazem przerażająca. Świat bez sensu i celu, a jednak tak cudowny i wspaniały. Groza i zachwyt.
I spotkałem człowieka, dużo ode mnie starszego i zdecydowanie mądrzejszego (znaczy bardziej oczytanego, mającego większy bagaż doświadczeń niż ja), kogoś kto takiemu dzieciakowi jakim jeszcze byłem, mógł zaimponować. Człowiek ten głośno i dobitnie powiedział, ze nie wierzy w Boga i dość ładnie i przekonywująco rozwinął tą myśl. Broniłem się jeszcze wewnętrznie przed tym „objawieniem” ale czułem jak spycha ono moją wiarę nad przepaść. I nagle kot przebiegł nam drogę. Człowiek ten zaczął pluć przez lewe ramię i coś tam mamrotać. Zaskoczony zapytałem
-
Co Pan robi?
-
No wiesz, to przynosi pecha …
-
Wie Pan co. To ja wolę wierzyć w Boga który jest miłością niż czarne koty i plucie przez ramię.
Czy ta scena naprawdę tak wyglądała? Raczej nie. Niemniej tak ją pamiętam. Tak jak i chłopaków i dziewczyny, które były ateistkami w poniedziałek, by we wtorek być czaszkowcami, a w środę punkami … a w niedzielę w kościele.
Prawdziwych ateistów spotkałem dużo później. Tak się składa, że są to ludzie, których darzę dużym szacunkiem ale i niezrozumieniem ich patrzenia na świat i wzbudzają przez sam fakt swego istnienia, więcej niepokoju w mej duszy, niż np. cała publicystyka p. Dawkinsa.


Komentarze
Pokaż komentarze (28)