Nasz przyjaciel użył niedawno porównania: "Rubik to taki Michał Wiśniewski wśród kompozytorów". Mało słuchamy zarówno jednego, jak i drugiego, ale z tych skrawków informacji, jakie docierają do nas przez media istnieją rzeczywiście pewne podobienstwa pomiędzy twórczością obu panów.
Michał Wiśniewski, podobnie zresztą jak Piotr Rubik jest ostatnio w mediach wszędzie - wystarczy włączyć telewizor czy otworzyć gazetę, żeby na jednego lub drugiego trafić. Niedawno Wyborcza dyskutowała z Michałem Wiśniewskim na temat wyrażanych przez niego jakoby treści religijnych. Nam również wydaje się to dziwne, może szokujące, że ktoś o - nie ukrywajmy - dość niestandardowym podejściu do moralności (osobistej) poczuwał się do misji ewangelizacyjnej poprzez swoje piosenki. Doszliśmy do wniosku, że mielibyśmy do p. Wiśniewskiego o wiele większy szacunek, gdyby przyznał się do bycia tym, kim jest, czyli bardzo sprawnym rzemieślnikiem produkującym chwytliwe melodyjki dla niewyrobionej muzcznie publiczności. Nawet jego koledzy z zespołu ostatnio w programie Kuby Wojewódzkiego nie udawali na siłę, że "Ich Troje" to przedsięwzięcie o wysokich ambicjach artysytycznych i cokolwiek więcej niż sposób zarabiania pieniędzy.
Piotr Rubik to z pozoru inna para kaloszy. Formalne wykształcenie muzyczne, wieloletnie doświadczenie w pisaniu muzyki użytkowej przekształcone w bardziej ambitne quasi symfoniczne projekty estradowe. Nie ma nic przecież złego w pisaniu chwytliwych melodyjek, wręcz przeciwnie, to umiejętność cenna, bo rzadka. Nie ma też nic złego w operowaniu rozbudowanym "instrumentem wykonawczym", wręcz przeciwnie, świadczy to o pewnym talencie instrumentacyjnym. Tylko skąd, u licha, ta nieznośna misyjność tych 'projektów estradowych', jakie są związki pomiędzy przeboikiem o miłości trudnej a Janem Pawłem Drugim inne niż nachalny koniunkturalizm, zakładający, że pod hasłem JP2 wszystko można sprzedać. Nie jesteśmy przeciwko konwencji serio w muzyce, czy ogólnie w sztuce - ale podstawowym jej wymogiem jest to, że twórca sam siebie traktuje serio.
I nie chodzi nam o to, że Rubik nazywa swoje utwory oratoriami, chociaż samo to jest już pretensjonalne. 'Serduszko puka w rytmie cza-cza' wykonane przez Ewę Demarczyk z akompaniamentem Wielkiej Orkiestry Symfonicznej nadal zostanie 'serduszkiem', i myślimy, że Rubik ma w głębi duszy tego świadomość. Krzywdę robią mu natomiast tabuny klakierów.
Kolejne podobieństwo pomiędzy panem czerwonowłosym a odchudzonym blondynkiem to ich praktyki wykonawcze. Znów musimy się przyznać, że nie byliśmy na koncercie ani jednego ani drugiego artysty, no ale jednak coś tam mimochodem nie sposób nie zaobserwować poprzez włączanie telewizora. Michał Wiśniewski prezentuje swoim widzom "szoł" na tyle absorbujący dla oczu, że praktycznie zaciera się drobną wadę polegająca na jego ewidentnej nieumiejętności śpiewania. Są tancerze, pochodnie, fajerwerki, zmieniane wielokrotnie ekstrawaganckie kostiumy, że kto by tam zwracał uwagę na towarzyszącą temu muzykę. Widz (bardziej niż słuchacz) czuje się doceniony i "obsłużony kulturalnie".
Podobnie jest z Piotrem Rubikiem. Publika niewyrobiona, gdy przyjdzie na 'koncert chóru z orkiestrą' konotuje sobie świadomość udziału w dziele kultury wysokiej, które - ku pewnemu być może zdziwieniu - jest przyjemne i przyswajalne. No więc łatwo o entuzjazm. Jeden ze znajomych Michała euforycznie porównywał Rubika z Pendereckim, a na nieśmiałe próby dyskusji zarzucał zazdrość o talent i pomysł. Z Pendereckim to ewidentna przesada, ale być może wyrósłby z Rubika polski Andrew Lloyd Webber. Wszystko kwestia świadomego ukierunkowania kariery i nieulegania opiniom klakierów. Jak ktoś pisze oratoria, kantaty, symfonie i tryptyki, to go nieuchronnie z Góreckim, Panufnikiem i Pendereckim będą porównywać. Talentu i inwencji Rubikowi (w odróżnieniu od Wiśniewskiego) ewidentnie nie brakuje, kwestia tego, co z tym zechce zrobić.
Babilasy


Komentarze
Pokaż komentarze