Umiłowani bracia i siostry w elektronach!
Istnieje taki, funkcjonujący w naszej świadomości, topos - mit utraconej wiedzy. Coś było wiadome naszym dalekim przodkom, ale my już nie wiemy dokładnie co, jak i po co. Vide megality, piramidy, Dogoni i Syriusz (lista jest długa). Zapewne na podobnej zasadzie historycy fascynują się zaginionymi królestwami, państwami i narodami, które miały swoje pięć minut w historii, a obecnie odkłada się na nich kurz dziejów. Przykładem mogliby być tutaj Chazarowie (ale także, toutes proportions gardees, Wikingowie, Hunowie i wiele innych).
Istniało w końcu średniowiecza, w samym środku Europy, duże, sprawnie zarządzane państwo, po którym do dziś - gdyby nie nazwa regionu winnego - nie pozostałoby śladu w naszej świadomości. Chodzi o Burgundię. Co prawda już na mocy traktatu z Verdun Lothar, najstarszy syn Ludwika Pobożnego otrzymał w wyniku podziału terytorium tzw. Francia Media (wąski pas od Niderlandów po Włochy, oddzielający królestwa Ludwika Niemieckiego i Karola Łysego), co stanowić mogło jakiś tam historyczny precedens do jakichkolwiek bytów państwowych pomiędzy Francją a Niemcami. Wcześniej jeszcze byli normańscy Burgundowie, którzy w czasach zamierzchłych przewędrowali z Bornholmu (lac. Burgundaholmum) na tereny między Renem a Rodanem.
Te wszystkie historie średniowieczne z podziałami, podbojami i zjednoczeniami Burgundii (Trans- i Cis Jurajskiej, czyli księstwa i hrabstwa, takoż Górnej i Dolnej) w zasadzie zbyt szerokie jak na potrzeby tego szkicu - dlatego przenieśmy się od razu do roku 1363, kiedy to Jan II Dobry, w ramach przepisywania interesu na rodzinę, nadał księstwo Burgundii jako dziedziczne lenno swojemu synowi. Interes trzeba było przepisać na rodzinę, albowiem po bitwie pod Poitiers Jan pojechał - nie do końca dobrowolnie - zwiedzać Londyn (po trzech latach, jak już się domowił co do kwoty, wrócił do Francji zbierać kasę; widząc się niezdolnym do zebrania uzgodnionego okupu - 3 milionów sztuk złota - dobrowolnie powrócił do Londynu, gdzie w pałacu Savoy dokonał żywota.
Tak więc na scenie pozostało dwóch synów Jana: Karol V zwany Mądrym rządzący tym ogryzkiem Francji, który po traktacie w Brétigny pozostał we francuskich rękach i Filip Śmiały, władający Burgundią. Zaraz tez Filip wynalazł sobie posażną jedynaczkę (Małgorzata Flandryjska) za miedzą i po rychłej śmierci teścia bardzo mu się ta Burgundia powiększyła. Tutaj pojawia się wątek polski w postaci księcia Władysława Białego (szerzej o tym awanturniku chociażby na tej stronie; stanowi on, notabene, dobry przykład na to, ze nasza nacja głowę do interesów też niekiedy ma: zastawiwszy swoje mini księstwo gniewkowskie u stryja, Kazimierza Wielkiego, za błahą kwotę tysiąca florenów, wydawszy szybko pieniądze na turystykę - Izrael, Węgry, Czechy, zmusza następnie Ludwika Węgierskiego do kupna tegoż księstewka za dziesięć tysięcy florenów; Ludwik dołożyć jeszcze musiał lukratywne opactwo na Węgrzech). Są mocne dowody historyczne, że Filip Śmiały wspomagał sakiewką łobuzerie Władysława; niektórzy piszą nawet, że jakiś niewielki oddziałek zbrojnych na Kujawy posłał - inni dowodzą, że to raczej Brandenburgowie (von Osten) z Drezdenka manu armata Władysława wspierali, jedni i drudzy na B - prawdy się dziś nie dojdzie. W każdym bądź razie oprócz Gombrowiczowskiej Iwony, Władysław to jedyny polski książę z Burgundią związany.
Po Filipie, księstwem władał jego syn, Jean Sans Peur. Władał rezydując w Paryżu, konkurując ze swym kuzynem, (a bratem króla) Ludwikiem księciem Orleanu o kontrolę nad szalonym królem Karolem VI. Spór rodzinny kończy się w 1407, kiedy to nasłani zbirowie mordują księcia Orleanu. Jan - chwilowo - kontroluje Paryż. Stronnikom Ludwika, pod wodzą hrabiego Bernarda d'Armagnac, udaje się jednak wyprzeć Burgundczyków z Paryża i przywrócić staus quo: rządzi, o ile akurat jest przy zdrowych zmysłach, Karol VI, Armaniakowie trzymają zaś w rękawie młodego delfina. Tymczasem angielski Henryk V przypomniał sobie, że wojna stuletnia jakoś przygasa i dawno nie był we Francji. Po lądowaniu w Normandii dochodzi do bitwy pod Agincourt. Jan spieszy na pole bitwy, ale zdecydowanie niespiesznie - nie jest zainteresowany nadmiernym wzmocnieniem stronnictwa Armaniaków. Po bitwie nie jest też zainteresowany aliansem ze zwycięskimi Anglikami, wręcz przeciwnie, spotyka się w Montereau (na moście) z delfinem w celu uzgodnienia warunków jego intronizacji. Tym razem jednak najemni zbirowie opłaceni byli przez Armaniaka.
Po śmierci Jana rządy w księstwie obejmuje jego syn, Filip Dobry (Philippe Le Bon). Historycy określają go chętnie mianem agresywnego oportunisty - zręcznie lawirując pomiędzy Anglikami a Francuzami doprowadza do wzrostu potegi Burgundii, kanibalizując mniejszych sąsiadów (Luksemburg, Brabancja). Był także hedonistą - lubił otaczać się luksusem (choć w strojach gustował prostych), utrzymywał na dworze krocie rzemieślników i artystów. W 1430 ustanowił Order Złotego Runa (Toison d'Or), dla uczczenia swojego ślubu z Izabelą Portugalską. Umiera w 1467, prawdopodobnie na zapalenie płuc, doprowadziwszy Burgundię do szczytu potęgi.
Synowi Filipa, Karolowi Śmiałemu, początkowo fortuna sprzyja. Ociera się nieomal o korone: udaje mu sie przekonac cesarza niemieckiego, Fryderyka III do koronowania go na krola burgundzkiego w Trewirze. Wszystko jest już zaaranżowane, "przypadkiem przejeżdzał akurat arcybiskup z regaliami", jednak w ostatniej chwili Fryderyk pośpiesznie udaje się w siną dal, zapewne w obawie o dalsze poczynania ambitnego władcy. Potem już wszystko wymyka się z rąk Karola: podpisanie traktatu w Picquigny zwiastuje pewne ocieplenie stosunków pomiędzy Anglią i Francją, francuski król Ludwik XI zyskuje wolną rękę w porządkowaniu swoich spraw na kontynencie. Robi to elegancko, cudzymi rękami: w 1474 Karol Śmiały ginie pod Nantes w bitwie z połączonymi siłami Zygmunta Habsburga (któremu wcześniej zajął, za długi, Alzację), René Lotaryńskiego (któremu wcześniej zajął, bez powodu, niemal cale ksiestwo) i Sabaudczykow (którym, na razie, nic jeszcze nie zajął). Sierotę po Karolu, Marię, czym prędzej wyswatano za arcyksięcia Maksymiliana Habsburga (późniejszego cesarza Maksymiliana I), a księstwo pokrojono: Burgundię właściwą włączono do Francji, a Niderlandy, w posagu, przypadły Habsburgom. I tak skończył się sen królewski śniony przez boczną linię Walezjuszy. Po detale i konteksty odsyłam do Huizingi.
Z punktu widzenia historyka sztuki najważniejszą postacią piętnastowiecznej Burgundii nie jest jednak żaden z jej władców. Jest nim Nicolas Rolin. Skromnego rodu, powoli lecz skutecznie pnący się po szczeblach urzędniczej kariery, zostaje w 1422 kanclerzem na dworze Filipa Dobrego. Był człowiekiem mądrym, twardym i bez serca. Historycy pełni są uznania dla jego zdolności administracyjnych, odnotowując jednak także brak skrupułów, bezwzględność i chciwość. Kronikarz podaje, że - dla uciszenia niechętnych języków - kanclerz stawił się pewnego dnia przed majestatem księcia, ubrany w skromną szatę prawnika. Przedstawił listę wszystkich beneficjów, prezentów i dobrodziejstw otrzymanych od Filipa, deklarując chęć ich zwrotu. Filip odmówił i skomentował "Dobrze, że jest jeszcze miejsce na twej liście". Inny kronikarz, Jacques de Clercq, pisze: "Zażywał sławy mędrca pierwszego w królestwie, ale jeno co się tyczy ziemskich spraw, bo gdy idzie o sferę duchową, to wolę milczeć o tym". Rolin był arcymistrzem polityki, średniowiecznym Bismarckiem, architektem traktatu w Arras (1435), fantastycznego odwrócenia sojuszów, jakie dokonała Burgundia wobec zmiany losów wojny stuletniej. Znaczną część traktatu zajmuje ustalenie odpowiedzialności Karola VII za zabójstwo Jana Sans-Peur (obfita lista kościołów do wybudowania i mszy do odprawienia - na koszt Francji), ale najważniejsze było de facto zwolnienie książąt burgundzkich z zależności lennej wobec królów Francji.
Obraz van Eycka "Madonna kanclerza Rolin" powstał około 1435 (obecnie wisi w Luwrze). Przedstawia adoracje Madonny z Dzieciątkiem. Jednak, wbrew średniowiecznemu obyczajowi ikonograficznemu, fundator obrazu nie jest przedstawiony w mikroskali, gdzieś na bocznym panelu, w towarzystwie świętego patrona, który niejako oręduje za delikwentem (proszę chociażby porównać z 'Madonną kanonika Paelle' tegoż samego van Eycka: kanonik - Georg - jest przedstawiany Madonnie przez świętego Jerzego, obok stoi "gospodarz domu", święty Donacjan; obraz wisiał pierwotnie w kościele Sint Donaas w Brugii). Tutaj kanclerz jest równoprawnym elementem kompozycji obrazu - ubrany w strojną, brokatową, wykończoną norkami szatę. Niby klęczy na pre-dieu, ale w całej postaci
nie znać pokory ani rozmodlenia, klęczy z miną przywołującego służbę pana. Wzrok niczym zimny laser, skupiony, badawczy (kojarzy mi się wzrok Tomasza Moora z portretu pędzla Holbeina młodszego). Ręce złożone, ale jakoś tak niereligijnie - wyczuwa się zniecierpliwienie raczej. Madonna o twarzy pyzatej flamandzkiej chłopki, oczy spuszczone, niepewność w postawie - najwyraźniej interesantka na kanclerskich pokojach. Dzieciątko prawą ręką błogosławi - ale ma zastraszoną, brzydką twarz i nieobecne oczy. Widać wyraźnie, że w Niderlandach dystans pomiędzy sacrum a profanum, pomiędzy Bogiem a człowiekiem zmalał wydatnie. Aniołowie koronują wezwaną Marię cackiem wykonanym przez dworskich jubilerów. Z tą koroną to zresztą ciekawa historia, Rolinowi tak się spodobała na obrazie, iż kazał złotnikom wykonać koronę na obraz i podobieństwo, czy raczej na podobieństwo obrazu. Najzabawniejsze jest to, że - jak wykazały zdjęcia rentgenowskie - w pierwszej, zamalowanej wersji kanclerz trzymał w rękach olbrzymią sakiewkę. Aluzja jak najbardziej na miejscu: armia burgundzka pochwyciwszy Joannę d'Arc sprzedała ją Anglikom za dość umiarkowaną sumę 10 tysięcy franków - pieniądze te trafiły do prywatnej kiesy kanclerza.
Piękno "Madonny kanclerza Rolin" polega także na precyzyjnej kompozycji dalszego planu. Odwrócone postaci na galeryjce (jedną z nich, mężczyzną w czerwonym turbanie, jest - najprawdopodobniej - sam van Eyck, który, jak Hitchcock, pokazywał się w epizodach na malowanych przez siebie obrazach), niestosownie wypięte, desakralizują scenę adoracji. Sam koncept kompozycyjny obrazu pożyczył sobie później od van Eycka van der Weyden ('Święty Łukasz malujący Madonnę') - zresztą i 'Zwiastowanie' van der Weydena odbywa się we wnętrzu mieszkania małżonków Arnolfinich van Eycka.
Innym obrazem na którym widać oblicze kanclerza Rolina jest poliptyk 'Sąd
Ostateczny' namalowany przez van der Weydena dla hospicjum (Hôtel-Dieu) w Beaune. Cały przytułek, łącznie z wyposażeniem i dekoracjami ufundowany został przez Rolina w roku 1443. Według Stendahla ("Mémoires d'un touriste"), Ludwik
XI stwierdził, że Rolin, tak wielu do nędzy doprowadziwszy, słusznie budowę przytułku opłacił - aby ich wszystkich pomieścić. Obraz van der Weydena wisiał na ścianie olbrzymiej (72 metrowej) sali szpitalnej w ten sposób, aby wszyscy pacjenci mogli go oglądać i nabożnymi myślami czas swój wypełniać. Na zewnętrznych skrzydłach malarz umieścił osoby fundatorów: kanclerza Rolina i jego żony (trzeciej) Guigonne de Salins. Za fundatorami anioły trzymają tarcze herbowe. W środku święci Sebastian (to ten postrzelany nagus) i Antoni Pustelnik (rozpoznawany poprzez prosiaczka: "Dobry tez Lenart dla koni, dla wieprzów Święty Antoni" - jak napisał Mikołaj Rej w "Krótkiej rozprawie..."). Nad świętymi oczywiście zwiastowanie (podobną kompozycję zastosował już wcześniej van Eyck w "Ołtarzu gandawskim") Cały trik polegał na tym, że poliptyk rozkładano jedynie w niedziele i dni ścisłego postu - w pozostałe dni chorzy, biedni i bezdomni modlić się mieli do kanclerza Rolina i jego żony. (O tym, co się dzieje wewnątrz poliptyku - może przy innej okazji, bo już mi tekst rozpuchł się niczym baba drożdżowa).
Nicolas Rolin dożył lat - jak na średniowiecze - sędziwych, zmarł w 81 roku życia, z przyczyn naturalnych. Filipowi Dobremu, podczas choroby, nie odważono się donieść o śmierci kanclerza, w obawie, że mogłoby to dostarczyć władcy niepożądanych emocji. Gdy jednak książe "coś zwęszył", zapytał w końcu Jeana Chevrot, biskupa Tournai, który odwiedził go podczas choroby, czy prawdą jest, że kanclerz umarł. Pyszny dialog księcia z biskupem podaje za Chastellianem:
"Panie - mówi biskup - zaiste jest on już umarły, bo stary, ułomny i nie może długo żyć.
Ja nie o to pytam - mówi książe - ja się pytam czy on umarł na śmierć! (mort de mort et trespasse)
Ha, panie - rzecze na to biskup - on nie umarł, ale jest z jednej strony sparaliżowany, a więc tak prawie, jakby umarł.
Koszałki, opałki! - rozgniewał się książe - powiedz mi wreszcie jasno i wyraźnie, czy on nie zyje!
Tak, panie - wtedy dopiero mówi biskup - zaiste, on naprawdę umarł."
Michał
PS. Winienem Państwu objaśnienie, co mnie do tego tematu przywiodło. Otóż Hospice de Beaune istnieje i funkcjonuje jako - nowoczesny! - szpital do
dziś dnia (w starym budynku muzeum). Aby jednak przytułek mógł funkcjonować jako samofinansująca się instytucja, roztropny kanclerz Rolin nadał mu w gospodarowanie kilkadziesiąt hektarów przednich winnic. I, proszę sobie wyobrazić, legat kanclerza przetrwał do dziś! I właśnie wskutek wieczornego zadumania nad butelką znakomitego Côte de Beaune powstał ten tekst. A poza tym, już pojutrze jedziemy do Burgundii - skąd wracamy po nowym roku!


Komentarze
Pokaż komentarze (1)