babilasy babilasy
109
BLOG

Chamstwo à la française

babilasy babilasy Polityka Obserwuj notkę 1
Lubimy Francję. Francuzów jakby trochę mniej. Z pewną wzajemnością. Byliśmy we Francji już tyle razy, zarówno razem, jak i osobno a pewne rodzaje przygód przytrafiają nam się z taką regularnością, że jest w tym chyba coś więcej niż przypadek. Po pierwsze, traktowanie cudzoziemców nie mówiących po francusku lub nie mówiących płynnie. Zdaje się, że największą obelga dla Francuza jest przemówić doń po angielsku. Większość tego narodu szczyci się swoją ignorancją w zakresie nieznajomości języka sąsiada, czy w ogóle jakichkolwiek języków obcych. Panuje powszechne przekonanie, że to cały świat powinien nauczyć się francuskiego. Najbardziej drastycznym przykładem, z którym zetknęła się Dorota była pracownica Biblioteki Narodowej (posiadającej zbiory we wszystkich językach świata), która wydawała czasowe legitymacje. Nie mówiła w żadnym języku oprócz własnego. Wtedy francuski Doroty był już słaby, to znaczy poprawił się od całkowitego niebytu poprzez bardzo słaby, ale nolens-volens musiał udźwignąć dłuższą rozmowę na temat projektu naukowego sprowadzającego ją do tej biblioteki (a w zasadzie jej filii w Palais Garnier).

Druga sytuacja, jeszcze bardziej drastyczna to biuro zaginionego bagażu na lotnisku Charles de Gaulle (bagażu zagubionego zresztą na tymże lotnisku, z powodu strajku). W ogóle ewenementem jest trafienie we Francji na interwał pomiędzy jakimikolwiek strajkami, bo zawsze ktoś strajkuje, głównie działy o największej potencjalnej uciążliwości, na przykład transport publiczny. Wielokrotnie okazywało się, ze Francuzi rozumieją po angielsku, natomiast z lenistwa bądź pogardy, odpowiadają po francusku. Nauczona doświadczeniem tym razem Dorota nie pozwalała mi mówić do tubylców po angielsku, aby ich nie prowokować. W ciągu ostatnich lat zaszła jednak pewna zmiana. Sporadycznie zdarza się, że zagadnięty po francusku Francuz odpowiada po angielsku (lub, w Alzacji, po niemiecku).

Stosunek do klienta jest - delikatnie mówiąc - nacechowany arogancją, niespotykaną chyba już nawet w krajach ex-Sojuzu. Kilka lat temu podróżowaliśmy latem po Normandii, gdzie postanowiliśmy zaopatrzyć się w kilka skrzynek cydru u lokalnego producenta (presseur). Kupiwszy za całkiem sporą sumkę, zobaczyliśmy stojące nieopodal apetycznie wyglądające tarty. Ponieważ była pora lunchu postanowiliśmy zjeść po kawałku. Presseur odmówił odkrojenia i sprzedania nam kawałka tarty, bo dejeuner serwowany jest w godzinach określonych, a brakowało nam piętnastu minut. Była tarta, był nóż, był krojczy, był klient - ale nie było transakcji. Czas nie niesie tutaj żadnych istotnych zmian. Ostatnio w Nancy, w miłej skądinąd restauracji rybnej postanowiliśmy wziąć menu, które zawierało, między innymi, danie z małży. Poza menu (a'la carte) figurowały różne warianty tego dania, różniące się dodatkami i cenami. Zaproponowaliśmy kelnerowi zamianę podstawowej wersji małży na wersje z roquefortem z dopłatą różnicy w cenie. Kelner udał się do kuchni celem konsultacji z kucharzem, po czym wrócił i oświadczył, że kucharz nie doda nam sera do małży, bo tego nie ma w menu. Może podać nam DODATKOWO małże z roquefortem, ale kawałka sera do garnka z mulami nie wrzuci. I już. Bo nie.

Jechaliśmy też ostatnio RN974 z Dijon do Beaune (i z powrotem), przez samo serce winnej Burgundii. Co dom to vigneron. Wszyscy sprzedają na miejscu. Nawet do jednego przydomowego punktu sprzedaży udało się wejść, ale właściciel właśnie zamykał (w środku dnia, na trzy godziny) i wygonił klienta z jego pieniędzmi. Przerwa ważniejsza niż handel - handel odmierza tylko czas pomiędzy przerwami. W innym miejscu właściciel, który siedział ewidentnie w środku, przez coś w rodzaju domofonu powiedział nam, że ma przerwę i żebyśmy sobie poszli. Nikt nie zadał sobie trudu usunąć (zasłonić?) wielkich tablic OUVERT zachęcających do zjazdu z drogi. Nic to, obkupiliśmy się drogą powrotną, w innych (zapewne wcześniej również zamkniętych) piwnicach.

Francuzi niosą również ze sobą pruderię. Dawnymi czasy w na pięterku w Karakalla Thermen w Baden-Baden była strefa dla golasów (sauny). Pięterko dalej oznaczone jest jako 'nudist area', ale odkąd zjeżdżają tam tłumnie Francuzi, którzy zawijają się w ręczniki, wszyscy zrobili się jakby wstydliwsi. Nota bene, działa to też w drugą stronę: swego czasu na różnych plażach badaliśmy zjawisko masy krytycznej w kwestii topless. W dobrych warunkach pogodowych parę Niemek jest w stanie zainfekować całą plażę, a już zwłaszcza pierwsze odsłaniają biusty damy, które pod żadnym pozorem nie powinny tego robić.

I to by było na pierwszy ogień.

Babilasy

PS. W następnych odcinkach: kultura i gastronomia, a także nostalgiczna historia Monsieur Raymonda Berschy z Cave des Remparts w Riquewihr, oraz co tam sobie jeszcze Państwo zażyczycie.


babilasy
O mnie babilasy

Lubimy koty i podróże. Bardziej jednak podróże, dlatego koty trzymamy u teściowej. Lubimy też operę, ale ona nie przeszkadza nam w podróżach. Wręcz przeciwnie. Ponieważ lubimy podróże - ewakuowaliśmy sie na blogspot. Skype: michal.babilas Skype: dorota.babilas GG: 1670265 Get your own Box.net widget and share anywhere!

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka