Zwierzętami heraldycznymi królestwa są lew i słonica, co odzwierciedla układ sił ośrodków politycznych. Po śmierci monarchy zbiera się rada królewska i radzi nad tym, która z żon zgasłego władcy godna jest tytułu Królowej Matki. Wymogi są trzy: Królowa Matka musi mieć jednego syna (przyszły monarcha nie może mieć braci), syn ten musi być kawalerem, a sama Królowa Matka ma mieć oczywiście nieposzlakowaną reputację. Tak więc jest to jedyna być może monarchia, w której wybiera się nie tyle władcę, co jego matkę. Po śmierci królowej matki funkcję tą przejmuje z automatu najstarsza żona panującego. Na pozór system wydaje się bardzo patriarchalny, ale przy bliższym oglądzie ujawniają się tam akcenty feministyczne. Ten bal kopciuszków to jedna sprawa, ale już koncept żony-mamuśki to bardzo pantoflarskie i w sumie polskie z ducha.
Być może polski herb należy uzupełnić o postaci słonicy i dwóch lwiątek (na fladze Sri Lanki też jest lew, a przecież lwy tam nie występują). Jedno lwiątko będzie Prawe a drugie Sprawiedliwe. A orzeł nie powinien stać tak dumnie i durnie na herbie, powinien wysiadywać złote acz kukułcze jajo wolności, z którego wylęga się sęp ścierwnik - minister Macierewicz. W tle, promienie wschodzącego słońca powinny oświetlać wannę Wasermana. Nie należy bać się, że heraldyka za bardzo rozgadana, przecież wszystkie poważne kraje mają w herbie niemal komiks.
Naród murzyński nic nie robi sobie z szalejącego AIDS (Amerykanskij Imperialisticzeskij Dupnyj Syfilis), ludność kraju potroiła się w ciągu ostatnich 20 lat: rzadko widzi się młodą kobietę bez dzieci, a to pętających się pod nogami, a to przytroczonych chustką do pleców. Wykorzystywanie zagrożenia widać nawet w reklamach i na billboardach ("Walka z AIDS zaczyna się od rozmowy" - to ma reklamować sieć telefonii komórkowej), na granicy (tej czynnej tylko za dnia) rozdaje się prezerwatywy. Widać tutaj obszar, w którym IV Rzeczpospolita mogła by pomóc królestwu i przekonać murzynów, że czarne jest czarne, a białe jest białe. A AIDS to tylko pedałów zmartwienie i innych zboczeńców, a najlepiej na to (i na wszystko inne) pomaga modlitwa i wstrzemięźliwość. Skoro abp Wielgus miał kłopot z ingresem w Warszawie, należy rozważyć katedrę w Mbabane. Ludu w całym królestwie tyle mniej więcej, co w Warszawie (1,5 miliona), a klimat cieplejszy.
O ile w sąsiednim RPA zabudowa skupiona jest w ośrodkach miejskich, pomiędzy którymi są rozległe obszary bezludne, o tyle królestwo Mswatiego III bardziej przypomina Polskę - rozproszone wioski, wioseczki, pojedyncze chaty i gospodarstwa; przez cały czas z wyjątkiem może wysokich gór. Życie skupia sie wzdłuż dróg, gdzie większość populacji spędza czas wyczekując nie wiadomo na co. Jest drobny handel, jakieś mikro biznesy (barber shop, car wash etc), transport publiczny realizowany za pomocą busików (co być może uzasadnia część oczekujących), dzieci migrujące z i do szkół - ale to wszystko nie objaśnia tych tabunów ludzi stojących, siedzących, leżących lub spacerujących wzdłuż dróg. Tutaj znów można by skorzystać z doświadczeń polskich i rozpić nieco murzynów. W tym klimacie nie będą potrzebne duże ilości alkoholu (ale zawsze coś, plantatorzy ziemniaków i żyta nie będą musieli domagać się skupu interwencyjnego), a efekt gwarantowany: te różne manewry grawitacyjne na szosach i poboczach, radosne śpiewy i interakcje z ziemią oraz bliźnimi ożywią dodatkowo i tak już barwny krajobraz królestwa. Jak dotąd - w odróżnieniu, na przykład, od Cejlonu, gdzie "psy kulawe stroją drogi" - w Suazi przy i na drogach stoi bydło oraz ludzie. A czasami coś większego się trafi.
Słowem - jest na świecie kraj, gdzie nie wiedzą, kto to minister Fotyga i poseł Zawisza. I niech tak zostanie.
Serdecznie,
Babilasy


Komentarze
Pokaż komentarze (1)