0 obserwujących
8 notek
8412 odsłon
  1306   4

Polsce potrzebny jest rozsądny krytycyzm wobec zachodu

Był taki czas, gdy obawiałem się tego, że prawica wyprowadzi Polskę z Unii, ale dziś choć może nie nazwałbym się eurosceptykiem, to dostrzegam coraz większą potrzebę ugruntowania się na polskiej scenie politycznej postaw krytycznych względem zachodu - zarówno wobec UE, jak i USA. I to wcale nie z pobudek prawicowo-narodowych, lecz patriotyczno-socjalno-egalitarnych. 

Kto chce, byśmy nadal byli gospodarczą kolonią?

Ostatnio zachód postanowił zacisnąć ręce na gardle Polski, którą uważa za swoją kolonię. Unia próbuje zablokować środki Funduszu Odbudowy z powodu rzekomej niepraworządności i braku wolnych mediów, czy też uchwał anty-LGBT. Oczywiście same te uchwały to jest jakaś piramidalna głupota i nieodpowiedzialność prawicowych samorządowców, którzy dodatkowo w ogóle nie powinni się tym zajmować, bo to nie leży w ich kompetencjach. Ale nie sposób nie dostrzec, że jest to wygodny pretekst ku temu, by dyscyplinować kraje peryferyjne i uzależniać ich finansowo od pańskiej woli Berlina i Brukseli. Zarzuty dotyczące praworządności i wolnych mediów też wydają się mocno naciągane, jeśli popatrzy się na to, jak francuski rząd praworządnie traktuje pałą protestujących obywateli, a w wielu krajach europejskich wprowadzane są rozwiązania prawne bliźniacze do LEX TVN, które polegają na ograniczeniu przejmowania przez obcy kapitał krajowych mediów.

Nasz "sojusznik" zza wielkiego Oceanu chyba nigdy wcześniej w takim stopniu nie dał nam do zrozumienia, że uważa nas za swój 51-ty stan, jak zrobił to ostatnio. Już Georgette Mosbacher lubiła grozić nam paluszkiem w sprawie reprywatyzacji i TVN, ale teraz rząd USA jeszcze dosadniej dał nam jasny sygnał, że nie mamy prawa do uchwalania ustawy chroniącej tysiące lokatorów z reprywatyzowanych kamienic czy przepisów ograniczających rolę zagranicznego kapitału w mediach. Wcześniej blokował skutecznie przepisy mające na celu opodatkowania korporacji cyfrowych. Czy da się wyrwać z okowów neoperyferyjnego położenia Polski i gospodarczego kolonializmu mając takiego bliskiego "sojusznika? Śmiem wątpić. Tacy "przyjaciele" mogą być nawet bardziej problematyczni w tym aspekcie, niż jawni wrogowie na Kremlu.

Bruksela i Waszyngton pracują na eurosceptycyzm i antyamerykanizm

Jeśli dalej tak to będzie wyglądało, to zachód w końcu zapracuje na powszechne postawy eurosceptyczne w kraju, w którym jeszcze zdecydowana większość rodaków wypowiada się za obecnością Polki w strukturach UE. Coraz mniej tym się martwię, aczkolwiek dostrzegam pewne zagrożenie, że to wyewoluuje w klimaty mało przyjemne, bliskie Konfederacji, bo w Polsce tylko prawica potrafi mówić krytycznie o działaniach Brukseli, nawet jeśli nie zawsze robi to mądrze i do niedawna szło to w parze z naiwnymi złudzeniami wobec Waszyngtonu. Ciężko bowiem poważnie traktować eurosceptycyzm oparty na straszeniu gejami, regulacjami unijnymi dotyczącymi ochrony środowiska albo wręcz jakimikolwiek regulacjami w ramach libertariańskich i antypaństwowych fiksacji. Niestety w tej kwestii raczej nie będzie można liczyć na polską lewicę, która ugrzęźnie w sporach o zaimki, a jeśli chodzi o stosunek do Europy to prezentuje niedojrzałą i prostoduszną afirmację wszystkiego, co pochodzi stamtąd, bo "Pan Niemiec raczył sfinansować kanalizację biednym Polakom na wsi, a dzięki Unii można szybciej wyjechać z tej strasznej Polski" (nie, to nie jest ironia z mojej strony, są ludzie, którzy zupełnie poważnie tak piszą). Jednym słowem, mimo frazesów o Europie socjalnej i równych szans czy lamentów nad dyscyplinowaną i wyzyskiwaną ekonomicznie Grecją, wzmacnia dyskurs neokolonialny i wpływy kompradorów. Mam więc spore wątpliwości, czy w Polsce uda się stworzyć rozsądny ruch antyneokolonialny, ale niewątpliwie taka potrzeba obecnie istnieje bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. 


Lubię to! Skomentuj47 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka