73 obserwujących
520 notek
699k odsłon
  3065   0

Demokracja a prawo do buntu

Buntuję się, więc jestem.
A.   Camus
image

W reakcji na waszyngtońskie wydarzenia z 6 stycznia, prezydent-elekt J. Biden oświadczył: „W tej chwili mamy do czynienia z bezprecedensową napaścią na naszą demokrację. […] Cały świat się przygląda, podobnie jak wielu Amerykanów. Jestem zszokowany i zasmucony, że nasz naród, tak długo będący nadzieją dla demokracji, dotarł do tak mrocznego momentu . Dodał również: „To nie byli protestujący. Nie ważcie się nazywać ich protestującymi. To była tłuszcza siejąca zamęt, zamieszki, wewnętrzni terroryści.”

Prawdę mówiąc, przytoczone słowa mogą wprawić w osłupienie, gdyż od starannie wykształconego człowieka, studiującego swego czasu m.in. politologię oraz historię, należałoby spodziewać się opinii wyważonej i przynajmniej w jakimś stopniu opartej o doświadczenia. Rzecz jasna narracja polityczna nie podąża zwykle prostymi drogami, ale fałsz – tak! – fałsz, zawarty w słowach przywódcy najpotężniejszego państwa świata, razi w sposób szczególny. Gdyby bowiem przekaz zaserwowany przez Bidena rozumieć literalnie, to należałoby uznać, iż zachowania części amerykańskich  obywateli, protestujących przed i w Kapitolu, były zbrodnią nad zbrodniami. Czymś niesłychanym, godnym najsurowszego potępienia i wymagały zastosowania bezlitosnych kar. Dlaczego? Bo był to podobno zamach na demokrację. A czymże jest demokracja?

Ano rządami ludu, a mówiąc precyzyjniej systemem umożliwiającym udział obywateli w sprawowaniu władzy. Rozwiązanie tego rodzaju przybierało różne postacie. Demokracji ateńskiej,  plemiennych demokracji wojennych, arystokratyczno-oligarchicznej w miastach średniowiecznej Italii, kantonalnej   w Szwajcarii, szlacheckiej z Rzeczypospolitej czy parlamentarnej z XVII w. Anglii. Wreszcie amerykańskiej, która powstała w stuleciu XVIII i szczyci się dziś mianem najstarszej na świecie. Gwoli sprawiedliwości nie jest ona ani najstarszą, ani najbardziej współmierną, ani kryształowo przejrzystą. Zostawmy jednak te zastrzeżenia na inną okazję i zastanówmy się przez chwilę, czy faktycznie protest zwolenników D. Trumpa – a dokładnie jego forma -  w kontekście funkcjonowania systemów demokratycznych był czymś niesłychanym i niedopuszczalnym.

W demokracji cała władza ma należeć do demosu (różnie rozumianego w zależności od czasu i miejsca). Ale aby usunąć zagrożenia z jego strony i aby nie wpłynął on nawet „przypadkowo” na zmianę stosunków społeczno-ekonomicznych, oligarchie wykoncypowały i zaimplementowały do systemu wiele ograniczeń i forteli prawnych. Masy jak to masy… Milcząco akceptują taki stan rzeczy, sporadycznie i umiarkowanie wyrażając swe niezadowolenie, do momentu, w którym szachrajstwo elit rządzących nie przekroczy punktu krytycznego. Zatem dopóki lud uznaje, iż zasady gry nie zostały zbyt brutalnie naruszone, dopóty „grupa trzymająca władzę” może być w miarę spokojna i cieszyć się profitami płynącymi z zajmowania górnych pięter społecznej piramidy. Zdarza jednak tak, że lud dostrzega, iż demokrację traktuje się jako procedurę oderwaną od interesów poszczególnych grup społecznych. A wtedy nie ma – zmiłuj!

Krótki przegląd dziejów pozwala na przywołanie przykładów, dowodzących, że prawo do zdecydowanej reakcji na gwałcenie porozumień społecznych zostało usankcjonowane nie tylko w ramach ustroju monarchicznego (Magna Charta Libertatum w Anglii czy Złota Bulla Andrzeja II na Węgrzech), ale także w ustroju republikańskim. Przecież nawet wzorcowe demokracje nie ustrzegły się zawieruch wywołanych niestosowaniem się do ustalonych zasad. Ot, choćby wojny domowe w Republice Rzymskiej, XIII wieczne krwawe bunty grup ludności pospolitej mające miejsce na Islandii, tumulty w średniowiecznej Genui czy Wenecji, wreszcie rewolty wybuchające w Nowogrodzie Wielkim spowodowane przekraczaniem granic i nieuwzględnianiem procedur przez lokalne elity. Zacięte walki wewnętrzne pomiędzy stronnictwami „optymatów” i „popularów” w niewątpliwie demokratycznej Szwajcarii, których echa wygasły dopiero w XX w.! A już wybitnie instruktywnymi przykładami są wydarzenia z naszej historii.

Nikt przy zdrowym rozumie nie zaprzeczy, iż I Rzeczpospolita miała ustrój republikański. Jej funkcjonowanie opierało się o konsensus dotyczący zarówno poszczególnych obywateli, jak i relacji na poziomie obywatele (szlachta) – król (magnateria). Nie bez przyczyny herbowi wybierający na tron Henryka Walezjusza zabezpieczali się prawnie przed potencjalnymi nadużyciami. Artykuł 21 Artykułów henrykowskich (1573 r.) mówi wprost:

„A jeślibyśmy (czego Boże uchowaj) co przeciw prawom, wolnościom, artykułom, kondycjom wykroczyli albo czego nie wypełnili, tedy obywatele koronni obojga narodu od posłuszeństwa i wiary nam powinnej wolne czyniemy i panowania.  1573 r.”

Lubię to! Skomentuj147 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka