Przeklęta brzoza stała się symbolem zarówno przyczyny katastrofy smoleńskiej, jak też (mam nadzieję, że tylko) niedbalstwa i bylejakości polsko-radzieckiej.

Narażę się wielu znamienitym blogerom po obu stronach barykady, ale bez żadnego badania bądź choćby oglądania brzozy, bez złożonych obliczeń numerycznych, zadam sobie dwa pytania i jednocześnie udzielę odpowiedzi.
Czy smoleńska brzoza mogła doprowadzić do utraty skrzydła polskiego tupolewa?
Moim zdaniem mogła.
A czy doprowadziła?
Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć i - jak mniemam - na razie nikt nie potrafi na nie odpowiedzieć ze stuprocentową pewnością.
Posiadam jedynie ogólnie dostępną wiedzę w sprawie katastrofy. Z tego, co jest mi wiadomo, brzoza została "obfotografowana" i "obmacana" ze wszystkich stron, ale nikt nie pokusił się o zbadanie (mikro)śladów tupolewa na brzozie, ani brzozy na tupolewie. Ba! Komitet MAK badania zakończył, zaś dziś ze strony Wirtualnej Polski dowiedziałem się, że rosyjscy prokuratorzy w ogóle nie zajmowali się brzozą. Nie wyciągam z tego faktu daleko idących wniosków, albowiem może to być kolejny przejaw niedbalstwa, lecz także samo uznania, że brzoza nie stała na drodze tupolewa. Nie ma też ostatecznych konkluzji prokuratorskich, zatem nie da się wykluczyć, że w postanowieniu końcowym brzoza odnajdzie swoje miejsce, na przykład na podstawie raportu MAK.
Dzięki prostemu zabiegowi zaniechania przeprowadzenia elementarnych badań podzielono ogół zainteresowanych wyjaśnieniem katastrofy na dwie główne kategorie - tych, którzy wierzą, że brzoza zainicjowała urwanie skrzydła oraz tych, którzy wierzą, że wytrzymałość skrzydła na to nie pozwalała. Zjawisko typowo fizyczne dostało zatem przymiot boskości, bo trzeba w nie wierzyć lub nie.
Ja należę do trzeciej kategorii, czyli tych, którzy są wkurzeni i nie wiedzą co o tym sądzić, bo brakuje im wyników elementarnych badań. Jednakowoż mam dziwne wrażenie, że jestem w najmniejszej grupie zainteresowanych katastrofą smoleńską.


Komentarze
Pokaż komentarze (24)