Wielu blogerów pracowicie (i zapewne bezinteresownie) buduje image Rosjan, jako mieszkańców kraju dynamicznie demokratyzującego się i praworządniejącego. Na wszelkie sugestie o możliwym udziale Kremla w katastrofie smoleńskiej (świadomym lub nieświadomym) wybuchają histerycznym śmiechem, a w najlepszym wypadku wzruszają ramionami i z politowaniem mówią: "A po co? Lech Kaczyński i tak nie miał szans na reelekcję, zaś Rosjanie nie są aż tak głupi, żeby mścić się za Gruzję bądź inne fanaberie byłego prezydenta".
Czyżby? No to popatrzmy, o czym dzisiaj pisze Rzeczpospolita:
"Luzius Wildhaber, były prezes Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, ujawnił kilka takich przypadków w wywiadzie, jakiego udzielił w styczniu 2007 roku szwajcarskiej gazecie „Neue Zurcher Zeitung". Wildhaber, który kierował pracami Trybunału w latach 1998-2007, opowiedział dziennikarzom m.in. o tym, jak w 2002 roku w jego biurze pojawił się ambasador Rosji, żądając korzystnego dla tego kraju wyroku w jednej ze spraw, jaka trafiła do Strasburga. (...)
Choć ambasador oświadczył prezesowi Trybunału, iż to żądanie przekazuje na prośbę Władimira Putina, Wildhaber nie ugiął się wobec tego szantażu i wyrzucił ambasadora za drzwi.
Najbardziej szokujące informacje, które w tym wywiadzie prezes Trybunału ujawnił dotyczyły jednak próby zamachu na jego życie. Jak stwierdził Luzius Wildhaber, podczas jego pobytu na konferencji zorganizowanej w 2006 roku przez Sąd Konstytucyjny w Moskwie, Rosjanie próbowali go otruć. Lekarze w szwajcarskiej Bazylei uratowali mu życie, ale w szpitalu w ciężkim stanie spędził kilka tygodni.
Sprawa ta zwróciła uwagę mediów także z tego powodu, iż zdarzyło się to zaledwie kilka dni przed zamachem na byłego rosyjskiego szpiega Aleksandra Litwinienkę. Został on w listopadzie 2006 roku otruty radioaktywnym, toksycznym polonem. W 2000 roku Litwinienko zbiegł do Anglii, ale kilka lat później Rosjanom udało się go zabić.
Po wywiadzie udzielonym przez Luziusa Wildhabera szwajcarskiej gazecie przedstawiciele Rosji sugerowali, iż prawnik jest mitomanem i zaprzeczyli wszystkim jego oskarżeniom. Nie wytoczono mu jednak żadnego sądowego procesu".
Déjà vu? Uprzejmie zatem proszę światłych i wyszktałconych przedstawicieli rosyjskiej formacji proeuropejskiej (z wielkiego miasta nie muszą być), by objaśnili mi, ile różnych "przypadkowych" zbiegów okoliczności musi się wydarzyć, by przestali używać narracji prokremlowsko-antyspiskowej?


Komentarze
Pokaż komentarze (1)