Taki jest mniej więcej sens wypowiedzi marszałek Sejmu Ewy Kopacz w głośnej sprawie Niesiołowski vs. Stankiewicz:
Chcę powiedzieć tylko jedną oczywistą rzecz. Pamiętajmy o jednym: pan Niesiołowski to jeden z tych, którzy siedzieli miesiącami w więzieniu po to, żeby państwo również mogli robić swoje materiały, żebyście mogli państwo pytać nas o wszystko, żeby dzisiaj każdy miał prawo do zabrania głosu, żeby nie ukrywał się ze swoimi poglądami czy odczuciami i ten wyjątkowy dzień, czyli ta atmosfera, kiedy najpierw pan Niesiołowski podchodzi do tych ludzi i słyszy od swoich kolegów z Solidarności – a to jest legenda „Solidarności” – słyszy od nich niekoniecznie sympatyczne słowa, to jest tylko i wyłącznie człowiekiem, który też ma prawo reagować emocjonalnie.

Myli się pani marszałek. Otóż, w Polsce nie tylko "legendom" wolno więcej. W tym miejscu koniecznie trzeba przypomnieć zdarzenie z 2008 roku, gdy prezes Fundacji Instytutu Lecha Wałęsy Piotr Gulczyński zaatakował jednego z reporterów, którzy relacjonowali posiedzenie sądu ws. Lecha Wałęsy i Grzegorza Brauna.
Współpracownik Lecha Wałęsy podszedł na sali sądowej (sic!) do jednego z reporterów i w obecności Lecha Wałęsy uderzył w kamerę identycznie (2'57''), jak Stefan Niesiołowski. Następnie Gulczyński opuścił w pośpiechu salę sądową i nie reagował na pytania kierowane przez uczestników zajścia o to, dlaczego tak postąpił i jak się nazywa. Na zajście nie zareagowała również policja. Mimo wielokrotnych próśb ze strony uczestników zajścia, policjanci nie przyjęli zgłoszenia, a na filmie widać, jak pośpiesznie oddalają się przed osobami, którzy namawiają ich do interwencji.
Komu zatem wolno więcej? Więcej wolno "równiejszym", mniej wolno "równym". Ale do czasu. Jak u Orwella.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)