Zauważyłem dziwną zależność sportowo-polityczną. Im bardziej nasi zawodnicy są chwaleni, tym łatwiej przychodzą im przegrane. Dzięki temu możemy później przeczytać: "Wygraliśmy ze wspaniałym polskim zespołem", "Nasz zawodnik musiał się nieźle napocić z Polakiem" itp. No cóż, dobre i to. Nawet jak wszyscy nasi poprzegrywają, zawsze będzie można powiedzieć, że nic się nie stało, bo byliśmy bardzo chwaleni.

W polityce międzynarodowej jest podobnie. Gdy słyszę, że Polacy są chwaleni w Europie, mój osobisty control panel każdorazowo reaguje buczeniem, gwizdaniem i migającą lampką. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego tak się dzieje.
Ciekawie zachowują się też niektórzy dziennikarze sportowi, na przykład mój pupil Włodzimierz Szaranowicz. Zawsze mi się podoba, jak inteligetnie dziennikarz ten tłumaczy przyczyny porażki dowolnego zawodnika. "Skąd nagle wziął się ten wiatr", "Polakom wyraźnie nie pasuje ta strona boiska", "Gdyby startował w innym ćwierćfinale", "Gdyby nie musiał tak wcześnie dzisiaj wstać" itp. A jak takich argumentów zabraknie, to zawsze w zanadrzu są wspominki historyczne. Lata '60, '70, '80. Jak nas wszyscy szanowali, a nawet się bali. Aż dziw bierze, że ten szacunek, a zwłaszcza strach miał czelność jakoś zniknąć.
Polacy są autentycznymi mistrzami olimpijskimi i świata
w tłumaczeniu tego, dlaczego tym razem nam nie wyszło.
Szkoda, że nie przyznają za to medali. A może przyznają, tylko my już o tym nie wiemy?


Komentarze
Pokaż komentarze