Coś mi odbiło i kilka dni temu zaglądnąłem na blog Renaty Rudeckiej-Kalinowskiej. Notka, jak zwykle, pozbawiona głębszego sensu. Po prostu, peany na temat prezydenta Bronisława Komorowskiego. Ponieważ szanuję urząd prezydenta RP, co nie przeszkadza oczywiście w krytykowaniu osoby wypełniającej ten urząd, więc wyraziłem swój pogląd na temat dwulatki Bronisława Komorowskiego.

W odpowiedzi dowiedziałem się między innymi, że Bronisław Komorowski celująco zdał najtrudniejszy egzamin, tj. przejęcie władzy w dniu 10 kwietnia 2010 r. Przyznam, że mnie zatkało. Zapytałem zatem, co takiego trudnego mogło mieć miejsce w wypadku proceduralnej czynności. Dowiedziałem się, że przecież mógł mieć wtedy miejsce zamach. Naprawdę! Oto oryginalna odpowiedź fanatyczki PO:
No a jeśli to był ZAMACH????
Przecież nie jest wiadome w chwili katastrofy , co ją spowodowało. Prawda?
Być może Pana wydarzenia z 10 kwietnia 2010 roku śmiesza - ale mnie w żadnym przypadku.

Powyższe zdjęcie jest odpowiedzią, kogo ewentualnie śmieszą wydarzenia z 10 kwietnia 2010 roku. Mnie akurat nie, ale marszałka Bronisława Komorowskiego, oczekującego na przylot trumien ze Smoleńska, być może tak.
Swoją drogą, ile to razy różne rudeckie naśmiewały się z hipotezy zamachowej, bo przecież wedle nich nikt o zdrowych zmysłach nie zamachiwałby się na kończącego kadencję śp. Lecha Kaczyńskiego. A tu nagle trzask prask i żeby dowartościować bezwartościową postać jego następcy, wyznawcy PO sięgają po taki argument. Nie pytałem już, czy Bronisław Komorowski bardzo się bał przejmować kancelarię prezydencką, bo i po co. Wszak taki gieroj trafia się raz na stulecie.
http://renata.rudecka-kalinowska.salon24.pl/439175,pan-prezydent-nasz-bronek


Komentarze
Pokaż komentarze (5)