Jestem z 3miasta i nie planowałem wizyty w Warszawie, a tym bardziej udziału w marszu. Solennie obiecałem sobie jednak, że poczytam notki w różnych miejscach, w tym w S24, pisane zarówno przez zwolenników, jak i przeciwników tego wydarzenia.

Jeśli idzie o zwolenników - wydźwięk jest raczej jednoznaczny. Cieszą się, że marsz "wypalił", że jest w miarę spokojnie i że mejnstrimowe media nie starają się go zamilczeć. Zgłaszają co najwyżej zastrzeżenia do zaniżania liczby uczestników, czy kładzenia akcentów w tę, czy inną stronę.
Znacznie ciekawsze są notki przeciwników. Po początkowej euforii, że być może na marszu będzie jedynie kilka, góra kilkanaście tysięcy uczestników, ten kierunek narracji po prostu padł. Pozostało dezawuowanie sensu marszu bądź wskazywanie na rzekomo antydemokratyczny charakter (copyright by Leh Walenza). Bezsilny bełkot różnych lepiej lub gorzej "wykształconych" w sprawie tego marszu najlepiej oddaje brak sensu wchodzenia w spór ideowy z lemingami. Gdyby sięgnąć do Trybuny Ludu z lat 1980-81, zapewne znalazłyby się w nich wypowiedzi różnych ojców duchowych (a pewnie i genetycznych), którzy porównywali ówczesny ruch społeczny "Solidarność" z szowinizmem i zgłaszali wielkie zagrożenie dla demokracji ludowej oraz peerelowskich sojuszy.
Takie okazje, jak dzisiaj, pokazują przepaść między "moherami" a "lemingami". Otóż, moherom na czymś zależy, mają jakiś szczytny cel i potrafią sprawnie się zorganizować. Lemingi natomiast to najczęściej osoby, które trzymając nogi na biurku, pijąc piwko i chrupiąc chipsy, potrafią głównie sprawnie korzystać z Internetu, by tam wykazać swoją rzekomą siłę, czyli odgrywać role przewidziane przez Orwella w słynnym "1984". Głupawe rechotanie to maksymalne możliwości "intelektualne" tej grupy społecznej.


Komentarze
Pokaż komentarze (73)