Zdanie na temat Janusza Palikota mam wyrobione od dawna. Jest ono zdecydowanie negatywne. Mimo to staram się zrozumieć ludzi, których Palikot "pociąga", w końcu żyjemy w tym samym kraju. Niestety, nie da się.
Na przeszkodzie stoją nie tylko różnice światopoglądowe, bo te są normalne wszędzie na świecie i trzeba jakoś z tym żyć. Od tego jest też tak zwana tolerancja. Znacznie większą barierą jest dla mnie hipokryzja - normalna u większości polityków i przedawkowana u niektórych. Do ostatniej grupy zaliczam między innymi Janusza Palikota i jego przyjaciół: Bronisława Komorowskiego oraz Donalda Tuska.
Ostatnio Janusz Palikot "zasłynął" serią występów na temat śp. Lecha Kaczyńskiego. W zasadzie jest to kontynuacja gry podjętej w roku 2010, czyli słynnej "krwi na rękach". Nie zauważyłem wtedy głosów oburzenia takim gołosłownym pomówieniem, nikt nie straszył Palikota więzieniem, jedynie ludzie związani z PiS-em starali się protestować. Bezskutecznie. Na pewno nic w tej sprawie nie zrobił ani Bronisław Komorowski, ani Donald Tusk.
W każdej sytuacji, gdy w debacie publicznej pojawia się ze strony PiS i okolic katastrofa smoleńska, natychmiast odzywają się zatroskane głosy, że tak nie wypada, że jest to granie trumnami, taniec na grobach, psucie przyjaznych stosunków polsko-radzieckich i tym podobne kwestie. Nigdy te same osoby nie protestowały, gdy na grobach ofiar tańczył i tańczy Janusz Palikot. Tu granice przyzwoitości nigdy nie istniały, wolno było wszystko. Stan ten jest bardzo charakterystyczny dla III RP, czyli PRL-bis.




Komentarze
Pokaż komentarze (3)