"Pokłosie". To film i temat, który zajmuje wielu oraz rozbudza emocje. W końcu taki był cel powstania filmu - wszak nie jest oparty na faktach, tylko na fikcji. Przesłanie zaś jest banalnie proste - nie pozwolić zapomnieć o zbrodni polskiego antysemityzmu.

Wiele wieków temu przygarnęliśmy Żydów i stworzyliśmy im niezłe warunki rozwoju na naszej ziemi. Sami też pełną garścią korzystaliśmy z ich niewątpliwych talentów. Po wielu wiekach polsko-żydowskiego współistnienia na polskiej ziemi nastąpił żydowski holocaust. Nie z naszej winy, ale u nas. Tragedia nie dotknęła wyłącznie Żydów, lecz również Polaków. Płacili wysoką cenę za bycie Polakami. Trafiały się też świnie. Po obu stronach. Ze strony polskiej głównie w czasie wojny, ze strony żydowskiej już po niej. W ramach odreagowania i odpłaty.
Mimo że od zakończenia drugiej wojny światowej minęło kilka dekad, temat polskiego antysemityzmu musi być podgrzewany. W jakim celu? Na pewno nie po to, by ułatwić stosunki polsko-żydowskie. Mieliśmy już prezydenta pochodzenia żydowskiego, a także premiera i kilku ministrów spraw zagranicznych. Wszystko to za mało. Polski antysemityzm to straszna rzecz i chyba nie ma ceny, by mógł być odkupiony. Bez owijania w bawełnę.
Podobno w latach '70, rokrocznie w listopadzie, szkoły zganiano do kin na tzw. dni radzieckiego, które trwały cały miesiąc. Teraz zaś władze Warszawy i innych miast wymuszają na dyrektorach szkół, by spędzali uczniów do kin na "Pokłosie". Jest jakaś różnica? W filmach - tak, w metodach - nie. Nawet sponsorem "Pokłosia" jest radzieckie ministerstwo kultury w obecnym kształcie. I tylko indoktrynowanych uczniów żal - zarówno wtedy, jak dzisiaj.




Komentarze
Pokaż komentarze