Marian Opania odmówił zagrania roli śp. Lecha Kaczyńskiego. Osobiście nie widzę w tym nic złego. Aktor ma prawo mieć poglądy i tyle. Ma prawo kochać i nienawidzieć wedle własnego uznania. Nie musi się z tego tłumaczyć.

Lubię Mariana Opanię, choć rzeczywiście trudno mi znaleźć w pamięci jakąś jego wiekszą rolę. Dopiero teraz, gdy Marian Opania stał się "sławny" z powodu rzeczonej odmowy, dotarło do mnie, że pamiętam go z ról związanych z nieciekawymi charakterami (generał SB, kapuś czy emerytowany milicjant). Nawet cwaniaczkowaty Bolo-łącznik był postacią charakterystyczną głównie dla PRL. Być może Marian Opania grał role zgodne z własnymi przekonaniami i charakterem. To też jego sprawa, aczkolwiek ma jakieś tam znaczenie w odbiorze jego osoby.
Napisałem tę notkę dlatego, że wszelkie wyrazy oburzenia, czy zarzuty nieprofesjonalizmu z pewnością spłyną po Marianie Opani niczym woda po kaczce. Skoro Marian Opania twierdzi, że ważniejsze od wyzwań aktorskich są dla niego uściski czerwonoróżowego towarzycha, to widocznie taki jest jego świat wartości i nikt tego nie zmieni. Jedno, co dobre w tej sytuacji, to fakt, że Marian Opania odkrył swoje poglądy. To ułatwi dokonywanie wyborów.
Zamiast zatem pisania sążnistych artykułów czy notek na jego temat, należałoby raczej spuścić nad Marianem Opanią zasłonę milczenia i po prostu zignorować jego kolejne role. To działa rewelacyjnie. Młody Stuhr z pewnością o tym się przekona, albowiem w mojej ocenie "Pokłosie" stanie się punktem zwrotnym w jego karierze. Znaczna część społeczeństwa nie zapomni mu tego i będzie miała go w tak samo głębokim poważaniu, jak on ma swój kraj.




Komentarze
Pokaż komentarze (162)